Wilk z Wall Street bije rekordy przekleństw. I to w jakim stylu!

Na zdj. kadr z filmu „Wilk z Wall Street”, reż. Martin Scorsese

Fuck!

I tak… 506 razy. Kontrowersyjna historia Jordana Belforta, tak mistrzowsko zekranizowana przez Martina Scorsese, na dobre zapisała się już w historii światowego kina. Jeśli nie brawurową kreacją Leonardo DiCaprio, to na pewno liczbą przekleństw, jakie w tym filmie padają.

Najpopularniejsze jest oczywiście nieśmiertelne „fuck”, które w czasie niespełna trzygodzinnego seansu usłyszeć można ponad 500 razy. Czyli średnio 2,81 raza na minutę. Imponujący wynik, prawda?

Tym samym „Wilk z Wall Street” zdeklasował wcześniejszego rekordzistę, jakim było „Mordercze lato” Spike’a Lee z 1999 roku. Ale sam Scorsese nie zaskoczył nas zbytnio – poprzednie produkcje tego reżysera również były znane z soczystego języka. W samym „Kasynie” słowo „fuck” padało 422 razy, a w „Chłopcach z ferajny” – 300 razy.

I nie ma w tym przecież nic złego, choć podniosła się fala krytyki, jakoby „Wilk z Wall Street” był zwyczajnie niesmaczny. Niesmaczny? Powiedziałabym raczej, że spójny. Film, zaczynający się od wciągania koksu z tyłka prostytutki, nie mógł się przecież bez tych przekleństw obejść. Skandal goni tu skandal, alkohol leje się cysternami, a apogeum upadku rozgrywa się na schodach, z których sparaliżowany narkotykami Belfort próbuje się nieporadnie stoczyć (za tę scenę DiCaprio powinien dostać w końcu Oscara). Seks, pieniądze i seks – tak mogłaby brzmieć najkrótsza recenzja tego filmu. Cholernie dobrego filmu, jeśli już przy recenzowaniu jesteśmy.

Dlatego nie, nie obruszam się, kiedy trzy razy w ciągu minuty spływa na mnie z ekranu soczysta „kurwa”. I nie, nie zasłaniałabym uszu dzieciom, gdyby je na te seanse wpuszczano. Chociaż zabawa to niebezpieczna: Scorsese pierwszy chyba raz obala tezę, że nie ma winy bez kary. Belfort łamie tysiące przepisów, igra z agentami FBI, po pijaku prowadzi helikoptery, zdradza żonę z zastępami mniej lub bardziej luksusowych prostytutek i kiedy przychodzi wreszcie zasłużona kara, on sam zdaje się tracić wszystko, a widz wierci się w wyczekiwaniu napisów końcowych, Scorsese kiwa palcem i puszcza do nas oko z ekranu. Oto Belfort powstaje. Niczym wańka-wstańka, bo szczęście sprzyja zuchwałym.

Ale tak naprawdę wszyscy chcieliśmy, żeby powstał. Żebyśmy mogli uwierzyć w ten amerykański sen, z którego nigdy nie trzeba się budzić. Oburzeni? Zgorszeni? Scorsese mógłby odpowiedzieć wam jednym, krótkim słowem. Pięćset siódmy raz.