„Wielkie oczy”. Ty też chcesz wbić w nie swój widelec?

Na zdj. kadr z filmu „Wielkie oczy”, reż. Tim Burton

Oczy są zwierciadłem duszy.

wielkie oczyJest w tym filmie pewna scena, w której bohater – zrównany z ziemią przez nieprzychylnego mu krytyka – chwyta za widelec podczas zorganizowanego na swoją cześć przyjęcia i w przypływie wściekłości chce wbić mu go w oko. Nie zastanowi się nad zasadnością zarzutów, nie pomyśli, nie ochłonie. Odnoszę wrażenie, że z osobami, krytykującymi ten film, jest dokładnie tak samo. Nie pomyślą, nie zastanowią się, a walą swoimi widelcami na oślep, bo ich oczekiwania nie zostały spełnione.

Tim Burton jest reżyserem z naprawdę imponującym dorobkiem. To on stoi za takimi produkcjami jak „Charlie i fabryka czekolady”, „Alicja w krainie czarów”, „Sok z żuka” czy „Edward Nożycoręki”. Dał się w nich poznać jako niebywały ekscentryk, twórca tyleż oryginalny, co zaczepny, bystry i nieziemsko wręcz błyskotliwy. Estetyka jego filmów jest zwykle doskonała: zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach tak, aby już samo patrzenie przynosiło dla widza ucztę. Fabuła, bohaterowie – to wszystko ma znaczenie, ale wystarczy jedno spojrzenie, żeby wejść w burtonowski świat i nigdy nie chcieć z niego wyjść.

wielkie pięknoAktualnie Burton wyprawia kolejne dla nas przyjęcie, goście wchodzą i od wejścia mają skwaszone mocno miny, bo jak to, dywan w przedpokoju nie jest już czerwony. Ano, nie jest. Gdyby był, krzyczelibyście, że znowu zobaczyliście to samo.

Owszem, ja także przywykłam do innego Burtona. Pewnie gdybym oglądanie jego filmów zaczęła od „Wielkich oczu”, zamiast miłości na całe życie byłby z tego co najwyżej wakacyjny romans. Ale nie znaczy to, że byłoby to złe – drobne przyjemności także są w życiu potrzebne. Nie o to przecież chodzi, żeby pędzić na złamanie karku w poszukiwaniu wyłącznie tych wielkich jak Stadion Narodowy.

Tak, ten film jest inny. Ale wynika to już z samej konwencji – to film biograficzny, biorący na warsztat historię malarki, Margaret Keane, której mąż bezprawnie podpisywał się pod jej pracami, przez wiele lat każąc wierzyć całemu światu, że sam jest ich autorem. Burton zrobił z tego dramat psychologiczny, ale zaserwował go w lekkiej dosyć formie. Napięcie nie trzyma nas za mordy, dialogi są może za bardzo sztampowe, postać pana Keane dość przerysowana, a bierność jego żony wręcz irytująca. Ale jako całość to naprawdę trzyma się kupy.

wielkie oczyOtóż Burton postanowił opowiedzieć tę historię w sposób dosłowny. Doprawić ją cynizmem, ale oszczędzić widzom większych fajerwerków. Pokazał Amerykę lat 50., faceta zajmującego się handlem nieruchomościami i naiwną kobietę, która uciekła od męża i zastanawia się, jak utrzymać siebie i swoją kilkuletnią córkę. Oboje zajmują się malarstwem – on w nieskończoność klepie paryskie widoczki, ona obsesyjnie maluje dzieci z tytułowymi, wielkimi oczami.

Wkrótce jej obrazy zaczynają się podobać, jego – nie. Ale wiadomo, jak jest – kobieta mało się liczy, więc Walter całą chwałę postanawia wziąć na siebie. Oczywiście, można zarzucać mu kłamstwo, oszustwo i kradzież tożsamości. Ale obrotności i żyłki do interesów odmówić mu jednak nie sposób.

wielkie oczyMałżeństwo dorabia się więc fortuny, a Walter postanawia zatroszczyć się też o mniej zamożnego klienta, którego nie stać na kupno drogich bądź co bądź dzieł. Bo co za różnica, czy sprzeda jeden obraz za 500 dolarów, czy 500 plakatów po dolarze?

Ciężar sakiewki się zgadza, reprodukcje rozchodzą się jak świeże bułeczki i tylko sama pani Keane ma się źle z faktem, że sztukę zmienia się w wytwórstwo, a ona okłamywać musi nawet własną córkę. Kiedy postanawia się wreszcie zbuntować, Walter pokazuje swoją drugą twarz – ma sławę, uznanie, pieniądze. I nie odda ich żonie, choćby sczezł.

wielkie oczyChristoph Waltz sprawdza się w tej roli znakomicie – owszem, jego hochsztaplerstwo jest denerwujące, postać pod koniec może i w przykry sposób komiczna, ale to tym lepiej oddaje jego obłęd. Podobnie Amy Adams w roli Margaret Keane – jest dokładnie taka, jaka powinna być. Zamknięta w swojej pracowni, spowiadająca się księdzu z kłamstwa i przewrażliwiona, jak na kobietę i artystkę przystało.

Nie widzę w tym filmie zadatków na arcydzieło, ale w kinie czułam się świetnie. To był dobry, przyjemny film. Może nie oglądało się go z szeroko otwartymi oczami, ale i nie przymykało ich do drzemki. A w drzemkach jestem przecież świetna.

Z kolei zwiastun filmu możecie zobaczyć sobie tu: