Tyle Polski na jednym obrazku. Tak, dzisiaj jestem zła

Na zdj. kadr z filmu „Made in Poland”, reż. Przemysław Wojcieszek

Jesteś jedyną osobą, która się nie skurwiła, nie jeździ co sobotę do Carrefoura i nie robi grilla.

Kojarzycie film? Właściwie, to całkiem nieważne, bo ten film to po prostu Polska i możecie oglądać ją sobie codziennie na dowolnie wybranym obrazku. Są na niej plastikowe Maryje z odkręcanymi głowami, w kolorach różu bądź błękitu, i można napić się z nich wody święconej i zapewnić sobie zbawienie, a przynajmniej ugasić pragnienie, jeśli komuś akurat zechce się pić. Ja na przykład mam problem z dewocjonaliami, ponieważ w moim aktualnym mieszkaniu stoi Chrystus ze Świebodzina i mi błogosławi, ilekroć wyciągam z lodówki Martini. Mam wrażenie, że spalę się za to w piekle, ale zaraz przypomina mi się bardzo ładny toast, a mianowicie: Wypijmy za piekło. Obyśmy bawili się w nim nie gorzej niż po drodze. 

Oprócz Maryjek jest na tym obrazku dużo kolorów, na przykład pastelowe bloki z widokiem na bloki albo zwisające z balkonów fuksje i pelargonie. Albo trzepaki, na których wieszają się przerośnięte chłopaki i mówią: lalka, daj szluga, a lalka daje, bo czuje się wtedy ładniejsza, fajniejsza oraz spokojniejsza, że tym razem nie spotka jej od nich wpierdol.

W ogóle cenię sobie życie na śródmieściu. Zawsze chciałam móc wyjść z domu w dresie, ale takim z pogranicza smutku i obciachu, i wreszcie stało się to możliwe. I nie odbiera mi to na atrakcyjności, tak jak rozmazany makijaż bądź śmierdzące od papierosów włosy, ponieważ na śródmieściu w cenie byłaby nawet dziewczyna bez zęba na przedzie, ubrana w worek parciany. Minusem jest zalegająca skwery oraz sklepowe parapety ludność romska, bo tam ciągle ktoś chce się z Tobą ożenić, a ja tak bardzo nie chciałabym się jeszcze wiązać.

Ale Polska to także duperele poukładane na półkach, aby swobodnie osiadać mógł na nich kurz, albowiem dobra za darmoszkę nigdy nam w życiu za wiele. To pomidorówka zabielana śmietaną, to gnuśność i awanturniczość, wybuchowa mieszanka kiełbasy na grilla z piwem typu Wojak, siatki z logo Biedronki i biedoty umysłu, niekoniecznie idącej w parze z biedotą portfela.

To kobiety, ubrane z myślą o prezentacji przerośniętych walorów, uderzające przechodniów rozlewającym się dokoła biustem, od pasa ubrane w coś, co jedna z moich koleżanek celnie określa mianem waginsów. To mężczyźni w skarpetach do sandałów, zaciągniętych do samej góry, by pięły się niczym totem w wierzeniach ludów pierwotnych. To dzieci, od maleńkości skazane na intelektualną miałkość, obdarzone ilorazem inteligencji, celującym w karciane oczko. I najlepiej pies. Dobrze, jak w polskim domu jest pies.

Dzisiaj jest mi smutno z powodu Polski bardziej nawet niż zwykle, albowiem znowu świętuje, a ja w tym święcie nie chcę brać udziału. I nie mielibyśmy przecież o to do siebie pretensji, gdyby nie fakt, że jej moja osoba zwisa, a ja przez nią funkcjonować normalnie nie mogę. Nie mogę zjeść zupy z soczewicy, albowiem nie mam soczewicy, i uprzedzę tutaj cwaniaków, że sprawdzałam w sklepach takich jak Żabka i soczewica tam nie występuje, co najwyżej kasza jaglana tudzież brązowy ryż. Nie, nie mogłam kupić jej sobie wcześniej, ponieważ w środku nocy wróciłam z podróży i wszystko już było zamknięte. Powiecie: możesz zjeść coś innego, a ja Wam powiem: ok.

Ale zaraz wyciągnę przykład sprzed kilku zaledwie tygodni, kiedy w przypływie niezdarności utopiłam w soku pomarańczowym kabel od klawiatury i nie, nie mogłam kupić nowej, ponieważ działy się Zielone Świątki i wszystko było zamknięte. I zmartwię Was, ale w sklepach takich jak Żabka nie sprzedają klawiatur, ale można kupić tam małpkę i z rozpaczy się upić. Bo są ludzie, którzy pracują, którzy mają coś takiego jak deadline i klawiatura jest im do życia potrzebna, jeśli chcą zarobić na chleb. I nie, nie może poczekać, aż cała Polska skończy świętować, bo pracę ma tu i teraz, a na wymówki zleceniodawca wypowie gromkie: a pfff.

Powiecie: zmień pracę, to ja Wam powiem: zmieniłam. Ale jako dziennikarz, dumny i na etacie, też niewiele z tych świąt przecież miałam. Nie ma wolnego od wiadomości, nie ma wolnego od wojen, bomb i zamachów, od afery taśmowej i dzieci, lecących na główkę z kocyka. Dyżur to dyżur, dyżuru nie obchodzi, że 24 grudnia dzieje się jakaś tradycja.

Jasne, że wszyscy lubimy mieć wolne. Że każdy chce w końcu odpocząć. Ale żeby wszyscy w tym samym czasie? Zwiększmy dni urlopowe, a darujmy sobie masówkę. Nie będzie przynajmniej problemów, czy na weekend majowy znowu zapowiedzą deszcz oraz kłótni o to, kto dostanie wolne z okazji Wszystkich Świętych (choć prędzej czy później, wolne dostaniemy wszyscy).

I tak, ciężko mi szanować tradycję, kiedy ona nie szanuje mnie. Ale tu dzieje się Polska i tego nie przeskoczysz.

A na deser piosenka. Może to nie Krawczyk, no ale.