Tomasz Adamek jak bracia Kliczko. Róbmy politykę, nie boks?

Na zdj. kadr z filmu „Bracia Klitschko”, reż. Sebastian Dehnhardt

Boję się nocy. Raczej nie to, nie mogę położyć się spać. Mimo, że jestem zmęczony i senny, jakiś niepokój ściskający serce, że jak to, to już koniec dnia? Już się nic dzisiaj nie zdarzy?

Cytat z filmu „Dzień świra”, reż. Marek Koterski

Nie wiem, dlaczego zwykło się mawiać, że facet nie może być po prostu wielki i silny. Że jak do tego jest mądry i wykształcony, to dopiero robi się czad. Przecież jak patrzę na braci Kliczko, to mam w nosie ich uniwersytety, doktoraty, biznesy i całą tę filantropię. Nie obchodzi mnie wszystko dokoła, bo przywykłam, że jak któryś mignie mi przed oczami, to po to, żeby się bić. Wtedy w moim świecie panuje równowaga i czuję się w nim bezpiecznie.

A tymczasem Witalij coraz częściej miga mi w roli polityka – a to jako założyciel partii, a to jako kandydat o fotel prezydencki i ogólnie pierwszy obrońca Ukrainy. I to jest bardzo piękne, męskie i do twarzy mu w garniturze, ale emocjonalnie trochę się wiercę.

Wczoraj za to kraj obiegła wieść, że w jego ślady pójdzie też Tomasz Adamek. Jezu, no swój chłopak. Cudowna szczęka, strzaskany nos i takie spojrzenie, że mnie to totalnie rozczula. No i ten właśnie Tomek zapowiedział, że weźmie udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Rzekłbyś: duża rzecz.

– Kariera sportowca nie trwa wiecznie, zbliżam się do jej końca. Czas przeskoczyć ze sportu do walki politycznej – miał powiedzieć w jednym z wywiadów. Pół biedy, że padło to na antenie Radia Maryja. Pół biedy, że chce być kandydatem Solidarnej Polski. Ja się tylko pytam: a czemu?

Facet z tytułami. Mistrz świata, 52 stoczone walki, wygranych 49. No chłopak-legenda. Może mu teraz nie poszło z Głazkowem, może faktycznie widmo nadciągającej czterdziestki demotywuje go trochę. Ale żeby od razu szarpać się jak rybka w sieci?

A może to właśnie ten „niepokój ściskający serce, że jak to, to już koniec dnia? Już się nic dzisiaj nie zdarzy?” Że emerytura, spokojne starzenie, od czasu do czasu telewizja śniadaniowa, ewentualnie występ w reklamie. Że tej adrenaliny będzie mniej, że testosteron zostanie gdzieś w szatni, że światła nagle zgasną i emocje będą nie te. Bo kiedy się żyje na pełnych obrotach, to postój musi być smutny. Tym bardziej, że kariera sportowca ma to jednak do siebie, że kończy się w mało przyjaznym momencie. Facet koło czterdziestki nie powinien kończyć jeszcze życia. Zwłaszcza zawodowego. Bo co mu właściwie zostanie? Jeżdżenie na ryby, grządki w ogródku, w porywach zagraniczne wakacje i trzaskanie sobie fotek w ozłacanych łazienkach?

Tylko czemu, u licha, polityka? Tam trzeba mieć wiedzę, świeżość umysłu, zdolności przywódcze i mówcze. Nie wystarczy dać w ryj, trzeba się czasem odezwać. A ja, ilekroć odpalam zapis z wczorajszego wywiadu, mam ochotę uronić najprawdziwszą łzę.

I znowu, że Bóg, honor, ojczyzna. Obrona katolickich wartości, rodziny i życia nienarodzonego. Ja nie wiem, co to za życie, które się jeszcze nie narodziło, chyba takie trochę w zawieszeniu, jak zepsuta winda, co tkwi między piętrami. I nie, nie jestem zwolenniczką aborcji, a ten wpis nie jest o niej i proszę nie rzucać we mnie kamieniem.

Tylko że takich, co krzyczą, zamiast próbować zrozumieć, to my już mamy w Polsce na pęczki. Fajnie, gdyby przyszedł ktoś, kto umiałby mówić, a nie wyłącznie powtarzać. Bo recytacja dekalogu była spoko gdzieś do etapu liceum, a potem każdemu mocno rozwinął się mózg. Przynajmniej ja mam taką nadzieję.

Oczywiście przewrotu to ja tutaj nie widzę. Media mają o czym pisać, ja mam o czym pisać, a Tomek – czym zająć myśli. Może pozazdrościł braciom Kliczko, a może od zawsze chciał być politykiem, tylko go na ten ring niepotrzebnie zniosło?

W każdym razie, kiedy mówi, że „trzeba zacząć coś nowego”, to ja bym wolała, żeby to było jednak nie to. Nie polityka. Równie dobrze mógłby zacząć śpiewać. Na przykład o filiżance.