Syn Szawła. Chodź i dotknij zagłady. Tak, że bliżej się nie da

Na zdj. kadr z filmu „Syn Szawła”, reż. László Nemes

Nie wiem, czy jest temat równie zgrany przez kulturę, jak właśnie Holocaust. Przerobiliśmy go już na tyle sposobów, tak bardzo zużyliśmy i oswoiliśmy, że pokolenie dzisiejszych nastolatków bez cienia zażenowania potrafi robić sobie selfie na tle tablic z obozów koncentracyjnych.

A jednak wciąż targają się na niego kolejni, wierząc, że źródło to jednak niewyczerpywalne. Tym razem zrobił to László Nemes – debiutant, choć już nie najmłodszy, który pomysł miał dobry, choć nie najlepszy. Przyjęty z zachwytem w Cannes i obdarzony pustym spojrzeniem na festiwalu w Polsce.

syn szawłaW czym problem? W obojętności. Tak, Holocaust co wrażliwszych nadal boli i boleć powinien, ale Nemes źle rozkłada akcenty w swoim filmie. Łapie nas za gardło już od pierwszych scen, a później puszcza i parzy nam herbaty. Przykłada nam twarz do ściany krematorium, by później pozwolić rozsiąść się wygodnie. Tak się nie buduje napięcia. Tak się buduje zniechęcenie lub gniew.

Tym razem Holocaust widzimy od strony moralnej, ale definiowanej nie przez stosunek do życia, ale stosunek do śmierci. Oto tytułowy Szaweł – węgierski Żyd – trafia do Auschwitz-Birkenau. Jego los nie jest jednak najgorszy, bo na plecach jego ubrania widnieje czerwony iks. Szaweł został przydzielony bowiem do Sonderkommando, co znaczy, że dziś jeszcze nie zginie. Że w zamian za lepsze życie będzie pomagał oprawcom. I Szaweł pomaga.

Pogania ludzi z kolejnych transportów, by się rozbierali. Słucha komend o pośpiechu i stygnącej zupie. Kłamstwo jest proste – wykąpcie się, to zjecie. Zapamiętajcie też numerek haka, na jakim powiesiliście ubranie. I do ostatniej sekundy nie wiedzcie, że drzwi, zamykające się za Wami, są drzwiami do komory gazowej, z której Wasze nagie ciała wywleczone zostaną po brudnej podłodze. Martwe, rzecz jasna.

syn szawłaNemes pokazuje to wszystko w sposób najbardziej odczuwalny dla widza, zawieszając kamerę gdzieś za plecami Szawła. Pokazuje nam wszystko z bliska, że nie sposób jest na co innego odwrócić wzroku. Szaweł jest posłuszny. Wie, po co się tu znalazł i jakie ma z tego profity. Jest obojętny na płacz i krzyk, bo przecież nie dzieje się tam nic nadzwyczajnego – ot, kolejna, masowa śmierć. Widzimy tę zastygłą twarz i to ona najmocniej nas w tym uderza.

Sytuacja komplikuje się, kiedy jeden z zagazowanych przeżywa. To chłopiec, który wciąż jeszcze oddycha. Niemiecki lekarz dusi go więc, po czym zleca odesłanie go na sekcję zwłok. Szaweł przygląda się temu biernie, ale jedna z cegiełek burzy się. Oto w jednej chwili Szaweł usynawia go – czy jego dzieckiem chłopiec był rzeczywiście, do końca filmu już nie wiadomo. Szaweł targa się jednak na plan niemożliwy – wykradnie zwłoki chłopca, znajdzie rabina, by go godnie pochować. „Zdradziłeś żywych dla umarłych” – rzuci mu w końcu ktoś w twarz.

I tu wracamy do kwestii etyki. Czy religia i wynikająca z niej chęć ocalenia zwłok, dokonania ostatniego pochówku akurat tego jednego, jednego dziecka, przy narażeniu życia pozostałych, miała prawo dojść do głosu? Na pewno Nemes zaskoczył tu konceptem – szaleńczą więc próbą zapewnienia godnego pochówku jednej istocie, kiedy zagazowywane wciąż były kolejne i kolejne. Tyle, że na tym fabuła ugrzęzła.

syn szawłaW pewnym momencie ucisk na gardle słabnie. Co mogliśmy zobaczyć strasznego, to już zobaczyliśmy. Oswoiliśmy się razem z Szawłem. Zobojętnieliśmy. Film mógł się skończyć. Trwał, a ja – jak widz – nie wiedziałam, po co.

Cała ta krematoryjna atmosfera, to uczucie początkowego ucisku, duszenia, ta klaustrofobia, w jaką nas reżyser wsadził – to miało sens. To było mocne i było potrzebne. Wszystko, co działo się potem, było już tylko dymem po dawno wygasłym ogniu.

Ten początkowy pośpiech, krzyk, nerwowość tłoczących się na sobie, jeszcze tylko przez chwilę żywych ciał – to było ważne i potrzebne. Ta kamera, nieschodząca z twarzy Szawła – twarz, której można się było nauczyć niemal na pamięć – także była ważna i potrzebna. Ale to wszystko za szybko straciło moc. Z Szawłem nie dało się dłużej utożsamiać, jego zachowanie było coraz mniej racjonalne i coraz bardziej irytujące. Ten nieuzasadniony egoizm, głupi niekiedy upór. W służbie czego, idei? Swoje idee Szaweł powinien był zostawić na którymś z haków, bo właśnie taki bezwolny, nijaki, był najbardziej przekonywający.

Czy zatem „Syn Szawła” wybija się na tle pozostałych, opowiadających na Holocauście? Na pewno. Ale wciąż jeszcze za mało, by na nowo opowiedzieć historię.

Film obejrzałam dzięki organizatorowi festiwalu, T-Mobile Nowe Horyzonty.