Spektakl „Golgota Picnic” odwołany. Kto nie dorósł do cywilizacji?

Spektakl „Golgota Picnic” w reż. Rodriga Garcii, fot. David Ruano, mat. prasowe Malta Festival Poznań

Z powodu bardzo dużego zagrożenia zamieszkami, których skala i forma mogą być niebezpieczne dla naszych widzów, aktorów, postronnych osób a także mogą prowadzić do dewastacji obiektów użyteczności publicznej miasta Poznania zmuszeni jesteśmy do odwołania przedstawienia „Golgota Picnic” w dniach 27 i 28 czerwca.

Michał Merczyński, dyrektor Malta Festival Poznań oraz zespół festiwalu (http://malta-festival.pl/)

Nie wierzę. Nie wierzę, że w chwili świętowania 25-lecia wolności i demokracji w Polsce, spektakl teatralny zostaje odwołany z powodu byle protestów. Że nadal istnieją środowiska na tyle ograniczone, by żonglowanie symbolami i motywami pojmować w kategoriach realnego zagrożenia, potencjalnej przyczyny ateizacji Polski, znieważenia, obrazy uczuć religijnych czy też ataku na Kościół. Dla których pojęcia takie jak wolność słowa, przekazu czy wypowiedzi artystycznej, są tylko wydmuszką, którą można zdeptać w sposób mechaniczny i irracjonalny dlatego tylko, że wymykają się one sztywnym ramom ich własnego postrzegania świata.

Jest mi tym bardziej przykro, że wsparcia udzielają im osoby wykształcone, sprawujące istotne w tym kraju stanowiska, jak choćby arcybiskup poznański i zarazem przewodniczący Episkopatu Polski, który kilka dni temu mówił wprost: Jedyną formą, która by ucięła sprawę i zamknęła ten spektakl, jest ogólnopolski protest, który by groził zamieszkami.

W moim rozumieniu to jest właśnie nawoływanie do zamieszek. To ukazywanie przemocy i agresji jako jedynych słusznych dróg postępowania. To w końcu sposób na aktywizowanie tej części wiernych, która chciałaby poczuć w sobie zew walki oraz wolę męczeństwa, byle stanąć w obronie uczuć religijnych.

To ja przy okazji zapytam, co to za religia, która boi się sztuki? Co to za wiara, która za atak pojmuje wolność twórcy? Która – sama operując słowem i obrazem – boi się słów i obrazów? Która przetrwała tysiące lat, a dziś, nagle, drżeć by miała w posadach?

Co to w końcu za rzeczywistość, w której ulegamy szantażom? Gdzie stara zasada, że z terrorystami się nie negocjuje? Nie do szefów festiwalu mam tutaj pretensje, a do państwa, które nie jest w stanie zapewnić aktorom czy pracownikom festiwalu należytej ochrony. Które nie jest w stanie okiełznać szacowanej na 30 tysięcy osób demonstracji. Które składa broń w obliczu tak bezwartościowych nacisków.

Tak, jest mi wstyd. I to wstyd w sposób najbardziej dotkliwy, kiedy łzy cisną się do oczu, a na usta przekleństwa. Jak można ulegać środowiskom skrajnie prawicowym oraz kościelnym, wspieranym przez ruchy kibiców? Kto teraz ustalać będzie repertuar teatrów, kin, festiwali? Kto układać będzie kanony lektur szkolnych? W czyje ręce oddamy wychowanie kolejnych pokoleń? W jakim my kraju żyjemy i dlaczego takie rzeczy dzieją się tu, a nie gdzie indziej?

Może ja niesłusznie wychodzę z założenia, że postęp cywilizacyjny – jak sama nazwa wskazuje – odbywać się może w jednym wyłącznie kierunku, to jest oczywiście do przodu. Że po osiągnięciu kolejnego, wyższego etapu – cywilizacji, kultury, człowieczeństwa – droga wstecz, na etapy niższego szczebla, wydaje się absurdalna i niemożliwa. Tak, nauczyliśmy się dowolnie obracać kulturą. Mielić wątki, symbole i gesty, wrzucać je do wielkiego tygla i wyjmować, co nam aktualnie potrzebne. Nie możemy wrócić teraz do etapu: to jest święte, tego mi nie rusz. Zresztą, prawdziwa cnota krytyk się nie boi, jak pisał mistrz Krasicki.

A przecież ten spektakl nie miał na celu obrażenia czyichkolwiek uczuć. Jasne, że jest kontrowersyjny, dla jednych skandalizujący, dla innych obrazoburczy. Ale jego oglądanie nie miało odbywać się w przestrzeni publicznej. Nie było czynnością obowiązkową, ani nawet bezpłatną. Skonfrontowanie się z nim wymagało zakupu biletu i przyjścia w określonym czasie w określone miejsce, a zatem zasada powinna być prosta – nie chcesz, nie patrz. Tymczasem dochodzimy do innej jeszcze sytuacji, w której przychodzi obcy i mówi: nie chcę, żebyś i Ty patrzył.

Taka postawa wydaje się przecież nie do zaakceptowania. Czy teraz program każdego festiwalu konsultowany będzie z polskim duchowieństwem? Czy miasta, nieulegające pogróżkom, będą dla przykładu palone? Czy ksiądz podczas kolędy zapyta mnie, dlaczego Warlikowski, nie Lupa? A może za obu wychłoszcze po plecach?

Boję się takiego kraju i nie rozumiem wojny na linii religia – sztuka. Wojny bezzasadnej i ograniczającej prawa jednych na życzenie drugich. I czy ktokolwiek z najgłośniej krzyczących widział wcześniej ten spektakl, że zdecydował się rzucić kamieniem?

Może faktycznie wypadałoby trzymać kciuki za ponowne przyjście Chrystusa, bo z poprzedniego, zdaje się, nie wyciągnęliśmy należytej lekcji.

A dla zainteresowanych:

Nawiązując do chrześcijańskiej ikonografii – od Francisco Goi do Rubensa – reżyser organizuje piknik, który jest zarazem ostatnią wieczerzą współczesności. Na scenie silna fizyczna obecność aktorów zderzona jest z projekcjami wideo, muzyką na żywo i nadmiarem rekwizytów – hamburgerowych bułek, które są miękkim dywanem, zwyczajnym fastfoodem zjadanym podczas spektaklu, a także symbolem bezsensownego nadmiaru i nieopanowanej konsumpcji. Świat jawi się w spektaklu jako podszyta pustką orgia posiadania, w której ludzie pozostają zniewoleni we własnej hipokryzji.

Więcej na: http://malta-festival.pl/pl/program/rodrigo-garcia-golgota-picnic