Rolnik szuka żony, Trybson może przejść na emeryturę

Na zdj. kadr z filmu „Wesele”, reż. Wojciech Smarzowski

Jak się żenić, to się żenić!

Poranna prasówka przy kawie może dostarczyć człowiekowi tak wiele radości, że nie sposób wyobrazić sobie dnia bez świeżej dawki internetu. Dziś na przykład dowiedziałam się, że w polskiej telewizji rusza nowe reality show. Ale nie, że Trybson, krzyczące świnie oraz seks dla sportu. Tylko miłość – prawdziwa, szczera, dozgonna.

Program ma nazywać się „Rolnik szuka żony” i przedstawiać losy bohaterów, którzy – z racji zamieszkania – nie są w stanie sami znaleźć dla siebie partnerki. Bo współczesna kobieta to zła kobieta, która woli życie w mieście. Wiadomo – szampan do śniadania i więcej predyspozycji, wszystkiego.

Dlatego, jak zdradza jeden z reżyserów, nowy program ma być antidotum na cieszące się nienajlepszą sławą miejskie reality show. I przy okazji obalić trochę stereotypów, narosłych wokół rolników oraz polskiej wsi.

Jak donoszą wirtualnemedia.pl, pierwszy odcinek wyemitowany zostanie na antenie TVP1 w środę 21 maja o godz. 20.25. Wtedy to ośmiu panów zaprezentuje się widzom, mówiąc o swoich marzeniach, planach i wizji małżonki idealnej. Później nastąpi przerwa w nadawaniu, a władze stacji czekać będą na listy od zainteresowanych pań. Program pełną parą ruszy dopiero jesienią, a jego uczestnikami zostaną wówczas najpopularniejsi rolnicy i starannie wyselekcjonowane kandydatki. A później to już tylko miłość i rozciągająca się nad młodymi tęcza.

Trochę to jak „Randka w ciemno”, a trochę jak „Chłopaki do wzięcia”. Zwłaszcza ci drudzy byli przeuroczy – kto oglądał, ten wie. Przemili, zwykle bez zębów, w styranych ciuchach i o prostych potrzebach, szukający partnerek w lokalnej prasie, a nawet w telegazecie (to dzięki nim wiem, że to wątpliwe technicznie cudo nadal gdzieś tam istnieje).

Tacy, co to jak pracują, to raczej mało, a jak odpoczywają, to pod sklepem albo na przystanku. Z piwem albo bez, i z wygłodniałym sercem. Żołądkiem zwykle też, bo co to za obiady, jak gotować je trzeba samemu.

Tu jednak formuła ma być trochę inna. A jeśli spojrzeć na zagraniczne wersje programu (wiadomo, że program na licencji, bo w Polsce się takich rzeczy nie robi), to panom bliżej do amerykańskiego Kena, niż polskiego chłopa, co to pachnie oborą i gnojem. I nie, że traktory, siewniki i mleko prosto od krowy. Tylko perlisty uśmiech i mięśnie jak u Tarzana.

Ja, w każdym razie, jako wielkomiejski singiel (tudzież stara panna), ochoczo zacieram ręce. A zatem, drogie panie – odbiorniki na ON i papeterie w dłoń!

Same zresztą popatrzcie: