„Psy” po rekonstrukcji, a ja Ci mówię: maluj się, dziwko

Na zdj. kadr z filmu „Psy”, reż. Władysław Pasikowski

Franz: Do szkoły trzeba by cię posłać.
Angela: Znów mnie wszyscy będą pierdolić.
Franz: No, to jest argument przeciwko szkole.

Różni są ludzie i różne są ich potrzeby. Niektórzy mają silną potrzebę Boga, bo jest im niezbędny do bycia dzielnym, uśmiechniętym i zadowolonym z życia, choć życie ma to do siebie, że często bywa złe. I ci ludzie mają także potrzebę otaczania się rzeczami, które im tego Boga przypominają. To może być choćby Maryjka na lodówce, taka z odkręcaną głową. Różowa albo niebieska. Sama miałam kiedyś taką Maryjkę, babcia przywiozła z jakiegoś sanatorium. No ale żeby odkręcić jej głowę i pić, to już mi się wydało przesadą.

Jakkolwiek, ja również mam jedną silną potrzebę i jest to potrzeba autorytetu. Toteż od dziecka kocham się we Franzu Maurerze i coraz częściej myślę, że jest to główna przyczyna moich niepowodzeń w życiu osobistym. Wiecie, to przejebane – być w wyimaginowanym związku z bohaterem filmowym.

I ja sobie te „Psy” oglądam regularnie, może nie co niedzielę, ale raczej częściej, niż w katolickim domu dzieje się Wielkanoc albo taka Wigilia. Może nie są w najlepszej jakości, może minęło tych dwadzieścia kilka lat i film już nie powala ostrością, dźwiękiem, kolorem. Ale to „Psy” są. Im się wszystko wybacza.

Teraz natomiast ktoś wpadł na pomysł, żeby mi te „Psy” wreszcie pokolorować. Fachowo mówi się na to „rekonstrukcja cyfrowa” i kosztuje to duże pieniądze. Panowie z reKINO, którzy się tego podjęli, wspominają coś o przywracaniu filmowi utraconego blasku, ale mnie wtedy trafia szlag, bo prędzej ja stracę w obwodzie uda, niż „Psy” stracą jakikolwiek blask. A wierzcie mi, że to nie jest takie hop, siup.

Toteż piekliłam się lekko, bo po co to i na co to. Po cholerę ruszać coś, co samo w sobie jest dobre. Co temu brudowi, wulgarności, starości, zawdzięcza ten cały wspomniany wcześniej „blask”. To trochę jakby wziąć Roberta Więckiewicza i wyprasować mu twarz w Photoshopie. Albo jak widok Vanessy Paradis bez diastemy. A przecież niedoskonałości są tym, co dodaje nam charakteru.

Tak i wziąć dzisiaj „Psy” i dopieszczać je klatka po klatce, to jak spojrzeć po seksie na kobietę i rzucić, że Ty się, lalka, pomaluj, bo bez tapety podobasz mi się mniej. To świństwo jest i kwalifikuje się pod okoliczności łagodzące, jeśli takiemu facetowi obije się przy tym ryj.

Natomiast dziś mogę powiedzieć, że byłam, widziałam, polecam. Nie dlatego, że kręci mnie ta cała kosmetyka, dźwięk bez trzasków czy ładniejsze kolory. Ale dlatego, że zobaczyć „Psy” na wielkim ekranie, to jak dotknąć swojego boga. To wbić się w fotel, patrzeć i chłonąć. Niezdrowo, zachłannie, z wypiekami na twarzy, ale w kinie jest ciemno, więc luz – tego tu raczej nie widać.

Powtórzę więc to, co o tym całym projekcie mówię od samego początku. Pal licho z rekonstrukcją, czy była potrzebna, czy nie. Ale duży Franz zawsze będzie lepszy od małego Franza.

A efekty przeróbek zobaczcie sobie tu: