Przedświąteczny ból dupy albo: Premier na bogato

Na zdj. Ewa Kopacz na okładce „Vivy!”

Aby odnieść sukces, należy wyglądać tak, jakby już się go odniosło.

Valentin Polcuch

Mam to szczęście funkcjonować w świecie bez telewizora. Natomiast przychodzi taki czas w roku, jak na przykład święta, kiedy jadę do rodziców, ubieram tam choinkę, a ubieraniu temu towarzyszy: a) brzdęk tłuczonych przez mamę w kuchni talerzy, b) przekleństwa taty, bo mu igła pod paznokieć weszła, c) telewizor właśnie.

I nie to, że tam jeden program. Programów tam jest więcej, niż katolików w kościele, natomiast znakomita większość z nich ma tę jedną wadę, że jest… identyczna. Jeśli dodamy do tego zidiocenie mediów, to papka wychodzi nam z tego nieziemska. Wczoraj na przykład miałam przyjemność usłyszeć cztery lub pięć razy o niefortunnej sesji pani premier Kopacz.

Otóż ja uważam, że ona była bardzo fortunna – dosłownie, jak i w przenośni. Pani premier kwitnąca, prezentuje się i dostojnie, i poważnie, i – zwyczajnie, po ludzku – pięknie. A z drugiej strony, wyraźnie na bogato, co w wypadku podobnych sesji jest jak najbardziej normalne – to premier jest, reprezentant państwa. On ma nie tylko mieć w głowie, ale i na sobie.

viva magazynPretensje do Kopacz poszły jednak co najmniej dwie. Pierwsza – totalnie absurdalna – że pani premier za bogato nam jednak na to stanowisko weszła. Że jak to tak, bieda w kraju, a ona w drogich oprawkach. Na litość boską, ludzie. To nie jest Robin Hood ani nawiedzony asceta, żeby wszystko, co ma, oddawać musiał biednym. To osoba, sprawująca funkcje publiczne, w tym także funkcję reprezentacyjną. Jeśli ktoś nie wie, jak wielką siłę niesie ze sobą odpowiednie kreowanie wizerunku, niech od razu włoży kapcie i zaparzy sobie herbatę, bo kariery to on w życiu nie zrobi, a już na pewno nie na wymagających reprezentowania kogokolwiek lub czegokolwiek stanowiskach.

Drugi zarzut był już trafniejszy – poszło o to, że funkcjonariusz publiczny robi za słup ogłoszeniowy, bo obok zdjęć pojawiły się nazwy marek i adresy sklepów, w których można się ubrać tak, aby na co dzień w lustrze widzieć panią premier. Nie wiem, jakim trzeba być ignorantem, żeby nie wiedzieć, że to normalna praktyka – tym bardziej w czasopismach takich, jak Viva!”, w której moda istotnym jest jednak działem. I tak, ja – jako osoba niezainteresowana polityką, a zainteresowana modą – chciałam dowiedzieć się, co też pani premier ma akurat na sobie. Nie dlatego, że to kupię ani dlatego, że chcę sprawdzić zasobność jej portfela (zwykle ubrania do takich sesji są wypożyczane, więc hello). Wyłącznie dlatego, że takich rzeczy bywam ciekawa.

Jeśli pretensje można mieć zatem do kogokolwiek, to do ekipy Kopacz, że tego nie dopilnowała. Że nie zapytała w redakcji, nie zastrzegła, że słuchajcie, dzieciaki, żadnych dopisków o markach. Ale przecież na ekipę składają się anonimowi ludzie, a w polityce bez sensu kopać jest w bezimiennych.

Osobiście nie kupuję bajek o tym, że premier robi za słup ogłoszeniowy. Gdyby politycy i dziennikarze sami tej afery nie rozpętali, ile osób zwróciłoby uwagę na dopiski o markach, ulokowane obok zdjęć, małym przecież druczkiem? Sami doprowadzili do tego, że temat nie schodzi z nagłówków. To jest dopiero reklama – najlepsza, bo do tego za darmo.

Ja się tylko dziwię, że tak się Kopacz tłumaczy. Że niedoświadczona, że to jej pierwsza sesja, że myli się tylko ten, kto nic nie robi, a ona wnioski z lekcji wyciągnie. Ja bym tam raczej zadarła nos jeszcze wyżej, rzucając buńczuczne: a stać mnie. Tym bardziej rozbroił mnie komentarz jednego z polityków, że pani premier miała na sobie rzeczy najdroższych marek. Chciałoby się rzec: co Ty wiesz o drogich markach, dziecino?

Inny brukowiec wylicza radośnie, że na jednym tylko zdjęciu pani premier ma na sobie ubrania i dodatki za ok. 7 tysięcy złotych. No i? Tyle to można wydać na jedną torebkę. A ona, gospodarna, cała się za tyle ubrała.

A tak całkiem serio: nie mierzmy wszystkich naszą miarą. Mnie też trochę szkoda, że nie odpierdalam się na co dzień jak pani premier na okładkę „Vivy!”, ale nic mnie o to nie boli. Kobieta doszła tam, gdzie doszła – ma prawo i obowiązek wyglądać. A że lud się buntuje, bo sam na tyle nie ma? Jak mawia moja mama: trzeba było się uczyć.