Polska. Kraj głupi, biedny i brzydki, czyli Masłowską zobaczysz teraz w kinie

Na zdj. kadr z filmu „Między nami dobrze jest”, reż. Grzegorz Jarzyna

Każdy wie, że Polska głupi kraj, biedny i brzydki. Architektura brzydka, pogoda ciemna, temperatura zimna, nawet zwierzęta uciekły i schowały się w lasach.

Dorota Masłowska, „Między nami dobrze jest”

Najpierw był dramat. Dosłownie. Napisany na zlecenie Teatru Rozmaitości w Warszawie i Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie. Później publikacja w wydawnictwie Lampa i Iskra Boża. Następnie – wystawienie sztuki. Biorąc pod uwagę niepodrabialną jakość tekstu, trudno się dziwić, że twórcy postanowili pójść o krok dalej i „Między nami dobrze jest” dodatkowo zekranizować.

Między nami dobrze jest
Zadania podjął się Grzegorz Jarzyna, który dla TR Warszawa sztukę reżyserował. Widz, który może porównać ją z serwowaną dzisiaj wersją kinową, dostrzeże nieznaczne tylko różnice – zwłaszcza w scenach końcowych. W znakomitej większości rzecz to jednak ta sama, sprzedana publiczności jedynie za pomocą innej formy. Czy może to drażnić? Tak, bo ile razy można mielić to samo. Czy drażni? Nie, bo tekst jest genialny i wałkować można go w kółko.

Otóż w „Między nami dobrze jest” widzimy typowo polskie mieszkanie, w którym od wojny przeprowadzany jest konsekwentnie brak remontu. Rekwizyty mamy tu skromne: meblościankę rodem z PRL, telewizor i maszynkę do mięsa. Statystyczny Polak żyjący za pensję minimalną żyje tu w swoim braku pokoju, a ci, którym wiedzie się lepiej, mają mieszkania, do których wstawili tapczan z Ikei RIKKA, stolik z Ikei STAKKA, wazon ROSTE, kwiaty HAMMA, wodę do kwiatów LIKKE, powietrze pokojowe GRETTA, siebie samego SIEBBIE i, spłacając kredyt przez następne czterdzieści lat, wpadają tu z pracy się zdrzemnąć, umyć dupsko i z powrotem.

Między nami dobrze jest

Ta bylejakość mieszkania idzie zresztą w parze z bylejakością bohaterów, reprezentowaną przez trzy pokolenia kobiet. Poruszająca się o wózku babcia wciąż rozpamiętuje czasy wojny, wiecznie zapracowana matka zaczytuje się w wątpliwych lotów prasie kobiecej, a cyniczna i bezczelna wnuczka uczy się życia z internetu, nie szanując zbytnio ani pierwszej, ani drugiej. Dorośli są więc zaharowani, dzieci puszczone samopas, starcy traktowani jak balast. Jest też sąsiadka, nazywana grubą świnią, która woli schodzić ludziom z oczu, bo przecież mają prawo do wyboru powodów, dla których rzygają.

W tak zarysowanych okolicznościach przepowiadana przez horoskopy przyszłość może być tylko jedna: teraz czekaj na brak komplementów, obojętne spojrzenia i parę laczków na ryj od czasu do czasu. Smutna to rzeczywistość, definiowana jako typowo polska. Znamienne są zresztą słowa: we Francji jest Francja, w Ameryce Ameryka, w Niemczech są Niemcy i nawet w Czechach są Czechy, a tylko w Polsce jest Polska.

Między nami dobrze jest

Do tego słyszymy, że Polska to ciemnogród, niepostępowy i nietolerancyjny, gdzie z myślą o galaretowych specjałach chomikuje się niezliczone ilości kubeczków po jogurtach, z zamiłowaniem czyta zeszłoroczne gazety i zajada kurczaki, celem odświeżenia polerowane płynem do mycia naczyń.

Ale nie tylko tej biedocie się tutaj obrywa – zaraz potem przychodzi czas na krytykę elit, reprezentowanych przez wymuskanego reżysera, narkotyzującego się aktora, którego z żoną połączyła wielka miłość do niego, zgrabną modelkę, narzekającą na ból fantomowy po photoshopowym usunięciu pępka i wyfryzowaną dziennikarkę, zadającą bezsensowne pytania i ośmieszającą inteligencję polskich mediów. Funkcjonują oni w odmiennej zgoła przestrzeni – nagle biedne mieszkanie zmienia się w sterylny, przestrzenny pokój z centralnie usytuowaną kanapą. Obserwujemy degrengoladę niby-kulturalnego środowiska, które nawet w swoim obrębie niespecjalnie umie się ze sobą porozumieć, wysuwając na plan pierwszy karierowiczowskie zapędy i typowo konsumpcyjne potrzeby.

Między nami dobrze jest

Jarzyna bardzo skromnie potraktował tu scenografię, ograniczył ją do niezbędnego minimum, pozwalając wybrzmieć tekstowi. Niemniej, film ogląda się nad wyraz przyjemnie. Rekwizyty są przeważnie animowane, a ściany pełnią tu rolę ekranów, na których wyświetlane są dodatkowe efekty. W obliczu takiego tekstu i tak to zresztą mało jest ważne – tym, co pcha tę opowieść do przodu, jest przecież styl Masłowskiej, jej zdolność operowania językami różnych środowisk i pokoleń, wplatania w nie frazesów rodem z amerykańskich filmów czy przygłupich reklam, kuszących wątpliwymi promocjami w stylu „obciach gratis”.

Ale w tej grotesce właśnie jest siła. Idźcie zatem na film i dajcie się strzelić Polską po uszach.