Pokaż mi swojego Facebooka, a powiem Ci, kim jesteś

Na zdj. kadr z filmu „The Social Network”, reż. David Fincher

Żyliśmy na wsi i w miastach, a teraz będziemy mieszkać w internecie.

Straszne to i prawdziwe. W internecie robimy już wszystko: zdobywamy wiedzę, zawieramy znajomości, oglądamy filmy, robimy zakupy. Nic w tym zresztą nowego, przez ostatnie lata zdążyliśmy się całkiem nieźle z tym chyba oswoić. A i fenomen Facebooka tyle razy był wałkowany, że nic nowego powiedzieć się w tym temacie już nie da.

A jednak dziwi mnie to niezmiennie, tak jak drogowców co roku dziwi nadejście zimy i jak matki zaskakuje fakt, że ich dzieci stają się w końcu dorosłe. Dzisiaj zdziwiło mnie tym mocniej, że wszyscy na samo wspomnienie Ligi Mistrzów jarali się jak pochodnia, a jak przyszło co do czego, to i tak siedzieli z nosem wlepionym w ekrany. Telefonów, komputerów, nieważne. Ważne, że na Facebooku działa się relacja na żywo. Minuta po minucie, byle szybko, byle wrzucić.

Rozumiem, że to mediom zależy na jak najszybszym przekazywaniu newsów. Że dają się porwać temu pędowi, bo kto pierwszy, ten lepszy. Ale reszta? Całą ścianę wypełniły mi informacje, kto co komu strzelił, w której minucie, co się wydarzyło w dogrywce i że Ronaldo jak wieśniak wypiął znowu klatę.

Tak samo dowiaduję się codziennie, że pada deszcz, świeci słońce albo na obiad podawany jest obiad.

Znam także ludzi, którzy – przyjeżdżając na wakacje (ba, na jeden dzień w obcym kraju!) – zaczynają wizytę od meldunku wrzuconego na fejsa. Albo zdjęć, trzaskanych tonami i wrzucanych później na insta. Którzy – przychodząc do restauracji – najpierw robią foty, potem sięgają po sztućce. Którzy wiszą na telefonach, choćby miotało nimi w tramwaju i którzy ani przez sekundę nie potrafią być sami ze sobą i z własnymi myślami.

A przecież to straszne, być ciągle online. Sprawdzać pogodę na smartfonie, podczas gdy kiedyś wystawiało się rękę za okno. Robić zdjęcia lodom, chociaż kiedyś od razu chowało się je do brzucha. Sprawdzać cudze statusy, chociaż kiedyś się do tych ludzi dzwoniło. Ha, pamiętam czasy, kiedy nawet się z nimi spotykało.

Wiecie, cywilizacja jest zajebista. I technologia też jest zajebista. Tylko wszystko jest dla ludzi z tego trzeba umieć korzystać. A nam się trochę jednak zapędziło. Zdawanie relacji ze swojego życia, z odwiedzanych miejsc, jedzonych posiłków, oglądanych meczów czy robienie sobie samojebek po seksie to jakaś wyższa szkoła jazdy, z której niektórzy powinni się chyba wypisać.

I nie, nie chodzi mi o to, że internet jest zły. Chodzi mi o to, że to w nim przeżywamy emocje. Że wygrany mecz jest wygranym meczem dopiero, kiedy podzielimy się jego wynikiem ze światem na Facebooku. Że dopiero wtedy smakuje nam obiad i dopiero wtedy deszcz jest bardziej mokry. To nie chodzi nawet o ten ekshibicjonizm, o robienie z fejsa współczesnego pamiętniczka. Ale o niezdolność przeżywania emocji bez tej internetowej otoczki.

Dlatego rada jest prosta. Jak jedziesz tramwajem, pogap się trochę przez okno. Jak zamawiasz obiad, to jedz, zanim wystygnie. Jak oglądasz mecz, to patrz w telewizor, ewentualnie na miskę z chipsami.

Chyba, że obok siedzi fajna laska. Wtedy możesz też patrzeć na cycki.