Płynące wieżowce, czyli da się zrobić w Polsce dobry film o gejach

Na zdj. kadr z filmu „Płynące wieżowce”, reż. Tomasz Wasilewski

Bez opierdalania, skup się. To jest twoja szansa.

Tak, ten film to jest nasza szansa. Bo podobnych w Polsce po prostu nie ma. Raz,  że poruszających tematykę miłości homoseksualnej, a dwa, że zwyczajnie tak pięknych. Tak estetycznych, tak dobrze zrobionych. Tak bardzo naładowanych emocjami, przy minimalnych jednak dialogach.

Płynące wieżowce„Płynące wieżowce” narobiły u nas niemało zamieszania i to jeszcze na długo przed tym, jak pojawiły się na ekranach. Oto bowiem młody reżyser, znany wcześniej jedynie z „W sypialni” z udziałem genialnej Katarzyny Herman, robi film o miłosnym trójkącie. I to takim, w którym tradycyjny heteroseksualny związek rozbijany jest przez to, co nowe, obce, zakazane, pociągające. Mało tego – robi ten film na tyle świetnie, że od razu czynimy z niego towar eksportowy, obwozimy się z nim po festiwalach i zgarniamy całkiem niezłe nagrody.

Historia zaczyna się klasycznie – Kuba to młody, przystojny mężczyzna. Pływak stojący u progu kariery, ze świetnym ciałem, krótko ostrzyżoną głową i w dresie. Razem z Sylwią, swoją dziewczyną, mieszkają u jego matki. W tej roli znowu fantastyczna Herman, która z wiekiem robi się coraz bardziej niesamowita. Relacja całej trójki od początku nie jest łatwa – matka to zaborcza, zachłanna i zazdrosna o syna. Taka, która nie wstydzi się swojej nagości przy dorosłym jednak dziecku, która daje mu czułe pocałunki w usta i każe myć sobie plecy.

Nic dziwnego, że pojawienie się pod jej dachem ślicznej i nieco bezczelnej Sylwii burzy obraz rodzinnej sielanki. Bo i para ma się całkiem nieźle, przynajmniej do momentu, kiedy udaje się na wernisaż. Kuba, jako typowy „chłopak z podwórka”, całą tą sztuką jest średnio zainteresowany, toteż dla kurażu wypija od razu dwie lampki szampana i wychodzi zapalić, żeby odizolować się od całego tego blichtru. I wtedy podchodzi on.

Płynące wieżowceOn, czyli Michał – przystojny gej z dobrze sytuowanej rodziny, przed którą nie ma bynajmniej zamiaru ukrywać swojej orientacji. O ile jednak matka znosi ją dość dzielnie (w tej roli równie świetna, jak Herman, Izabela Kuna), o tyle przed ojcem robi się z tego wielką tajemnicę. I kiedy wreszcie, podczas rodzinnego posiłku, padają te mocne słowa, temat od razu zostaje przegadany. Bo wnuczka ma czerwone policzki, a Polacy przegrali mecz.

I o tym właśnie jest ten film – o skomplikowanej miłości, o seksualnym trójkącie, o emocjonalności, poszukiwaniu siebie, własnej tożsamości. O trudnych lekcjach tolerancji i bycia uczciwym – wobec siebie i otoczenia. Powtórzę więc – takich filmów w polskim kinie po prostu nie ma. Zrealizowanych z takim poczuciem smaku, z tak dobrą obsadą i jednocześnie niezużytymi jeszcze twarzami. Świetna jest tu Nieradkiewicz, która w roli Sylwii sprawdza się bez dwóch zdań. Piękna, kochająca i walcząca jak lwica o związek, który na jej oczach właśnie się rozpada. Z tą pretensją wypisaną na twarzy, z jednoczesnym udawaniem, że nic się nie dzieje, i panicznym lękiem o utratę ukochanego mężczyzny.

Płynące wieżowcePanowie też spisali się świetnie – ich historia jest autentyczna, pełno w niej drobnych gestów, tak budujących napięcie, że gęsia skórka staje się udziałem także heteroseksualnego widza. Wspólne palenie jointa, przejażdżka nocą po podziemnym, wielkomiejskim parkingu, nieco infantylna podróż pociągiem – Wasilewski wie, jak opowiadać. Jak pokazać, nie mówiąc zbyt dużo. Bo i ten film jest dość minimalistyczny. Subtelny, kiedy trzeba, i porywający, kiedy trzeba.

Jasne, że jest tu Polska. Że jest znak krzyża, robiony przed skokiem do wody, że jest wyzywanie chłopaków od ciot, są rodzinne obiadki i ugłaskiwanie ojca. Ale bardziej niż dramat społeczny jest to dramat psychologiczny – to, co dzieje się w głowach tych ludzi, jak reagują na to ich ciała. Jak wymowna jest scena pływania, kiedy umięśniona, atletyczna sylwetka Kuby zanurza się w wodzie, a głowa zostaje jednak ponad nią. Jak wiele mówi scena wspomnianego mycia pleców matce, powtórzona później na Sylwii. Tyle znaków, tyle piękna. I dość smutny finał, po którym chce się zakryć głowę kapturem.

Dlatego – bez opierdalania się, Polsko. Bez udawania, że takich filmów u nas robić się nie da.