„Oh, Boy”. Opowieść o chłopcu, który błąkał się ulicami Berlina

Na zdj. kadr z filmu „Oh, Boy”, reż. Jan Ole Gerster

Nie masz czasem wrażenia, że ludzie dookoła ciebie są jacyś dziwni? Ale jeśli się nad tym zastanowisz, to zdajesz sobie sprawę, że to nie inni, a to ty masz problem?

Wiecie, jak to jest w te leniwe, deszczowe poranki. Za oknem tak brzydko, że nawet psa byś nie wygonił i jak się człowiek do cna już chce upodlić, to myśli sobie, że o, obejrzę niemiecki film. Bo niemieckie filmy – jak niemieckie kobiety – z założenia nie mogą być ładne. Krajobraz się zatem dopełni, człowiek dobije, a żyletka gładko przejedzie po nadgarstkach.

A tu jednak zdziwienie, bo „Oh, Boy” to film całkiem ładny. Jan Ole Gerster kreśli przed nami wizję znanego, choć nadal urzekającego Berlina – takiego, gdzie swoje miejsce znajdą sfrustrowani mężowie, wredni urzędnicy, artystki z rozchwianą psychiką, a nawet bandziory w ortalionach. Tego miejsca nie może znaleźć jednak Niko – człowiek, którego imię wydawało się zarezerwowane dla renifera, ratującego święta.

oh, boyTenże Niko włóczy się ulicami Berlina, nie mogąc napić się filiżanki kawy. A to okazuje się stanowczo za droga, a to się nagle skończyła, a to automat zepsuty, a to ekspres już wyczyszczony. Przy okazji spotykają go także inne nieszczęścia, zaczynając od rozstania z dziewczyną, przez utratę prawa jazdy i ucieczkę przed kanarami, a na zablokowaniu konta bankowego przez wkurzonego ojca kończąc. Bo właśnie – Niko żyje za hajs bogatego taty, nie wspominając mu, że studia rzucił dwa lata wcześniej, a od tamtej pory chodzi tak, chodzi i zastanawia się – nad nim, nad sobą i nad całym światem.

Mamy tu więc kolejny filmowy portret pokolenia późnych dwudziestolatków, którzy sami nie wiedzą, czego właściwie chcą. Nie układa im się w życiu zawodowym, nie układa w życiu prywatnym. Dni schodzą im nie wiadomo na czym, a wszystkie relacje okazują się płytkie i krótkotrwałe. Nie jest to jednak kolejny policzek, a raczej smutna laurka. Melancholijna, utrzymana w czarno-białej tonacji, z pozytywką grającą dobry, subtelny jazz. Delikatna i wysmakowana, trochę słodka, trochę gorzka, podszyta inteligentnym humorem. A jednak z gatunku tych, które otwierasz tylko raz i odkładasz bez wzruszenia na półkę.

oh, boyŻeby nie było – uwielbiam filmy stonowane i ascetyczne, jak choćby rodzima „Ida” w reżyserii Pawlikowskiego. Jak dla mnie, mogą ciągnąć się godzinami i – jeśli dobrze zrobione – nie przyprawią o ani jeden ziew. Tymczasem „Oh, Boy” jest jak kołysanka, która skutecznie usypia. I – choć zbudowana z ciekawych epizodów – nuży i nijak nie zaciekawia.

Doceniam pomysł, doceniam piękno obrazu, doceniam spływającą z ekranu ironię. A jednak mam nieodparte wrażenie, że ten leniwy, smętny Niko, nie ma nam zbyt wiele do powiedzenia. Że z tego jego zastanawiania się nie wyniknie nic, podobnie jak nie wyniknęło przez wcześniejszych niemal trzydzieści lat. Patrzę, słucham, niby mi się to podoba, a jednak chcę sobie już iść. Ponudzić mogę się wszędzie – zmywając naczynia czy stojąc na przystanku.