O prawdziwej przyjaźni i przejeżdżaniu szczeniaków

Na zdj. kadr z serialu „Przyjaciele”, reż. David Crane i Marta Kauffman

Phoebe: Ale fajnie. Powinniśmy spędzać więcej czasu razem.
Chandler: Tak, jest świetnie. Może jutro wynajmiemy samochód i przejedziemy parę szczeniaków?

Wiecie, że to już 10 lat bez „Przyjaciół”? Tak, tak, 6 maja 2004 roku wyemitowany został ostatni odcinek serialu. Sukces? Na pewno. 10 sezonów, granych w 100 krajach. Ale dzisiaj nie o serialu. Dzisiaj o przyjaźni.

Bo kiedy wszystko jest fajnie, to przyjaźń wydaje się różowym misiem albo wielkim pączkiem, polanym słodziutkim lukrem. Gadacie ze sobą o chłopakach, wymieniacie się numerami lakierów do paznokci i trzymacie sobie włosy, kiedy wieczór z butelką wina wymyka się spod kontroli. Robicie sobie przebierane przyjęcia, trzaskacie selfie w windzie i rozsmarowujecie na kanapce pasztet z jednego pudełka. Taka przyjaźń jest pyszna i lekka i nie odkłada się nawet w wałeczkach na biodrach.

Natomiast życie ma to do siebie, że zamiast pączka, podstawia nam czasem oponę. Wielką, gumową i śmierdzącą i nie wiadomo nawet, jak się do tego zabrać i czy podpalić, czy może poturlać pod śmietnik sąsiada. I wtedy dopiero widać, kto jest przyjacielem i czy przyjdzie z zapałkami, czy zakosi rękawy.

Miałam przyjemność (wcale nie) być teraz w szpitalu (niestety tak) i zweryfikować co nieco te swoje przyjaźnie. Poszerzyć definicję i jednocześnie zacieśnić kręgi. Już wiem, że przyjaciel to taki ktoś, kto przynosi Ci do łóżka kisielki i patrzy na Ciebie, chociaż nie masz makijażu i bezpieczniej byłoby odwrócić wzrok. A jak robi Ci się przykro i lakier Ci odpryskuje, to przyjaciel przyjdzie, posiedzi i jeszcze zmywacz ze sobą przyniesie. To nic, że zasmrodzisz połowę oddziału. Czasem trzeba być pępkiem świata i nic wtedy komu do tego.

Przyjaciel przemierzy też na rowerze pół miasta, żeby przywieźć Ci zupę w słoiku. I zamówi dla Ciebie koszulkę z obciachowym napisem, kiedy nie możesz sobie sam, bo polityka bezpieczeństwa wi-fi zabrania Ci robienia w szpitalu zakupów. Przyjaciele zjedzą też z Tobą czekoladę i zostawią jej trochę na Twoim prześcieradle i będziesz sobie mógł patrzeć później i myśleć: „tu byli”.

Taki przyjaciel ucieknie też z Tobą na kilka godzin, żebyś mógł zjeść domowe pierogi. I powie, że dupa Ci schudła, ale słuchaj, jest jo-jo i nie spierdol teraz tu tego, maleńka. Jeszcze inny wróci z końca świata, hen z dalekiej podróży i wpadnie do Ciebie, a w koszyczku będzie miał oliwki, i winogrona, i ser pleśniowy i rogaliki francuskie. I poczujesz się jak babcia, do której przyszedł Czerwony Kapturek i pomyślisz, że jak dobrze, że w tej historii nie ma dziś wilka.

Inny przyjaciel przejedzie do Ciebie sto kilometrów w jedną i sto w drugą stronę, wyściska i przywoła do pionu. Zabroni się mazać i da takie wsparcie, że nawet, jak czujesz się w czarnej dupie, to wiesz, że się z tego wygrzebiesz. A nawet, jak nie wiesz, to on ma ze sobą Maxi Kingi od Kindera, a z tym się nie dyskutuje, to się je i jest się zachwyconym.

Są też przyjaciele dalsi – dzwoniący, piszący. Ale czuwający. Sprawdzający łączność, zapotrzebowanie, poziom nieumarcia. To jest piękne, że oni są, bo nawet jak jesteś zmęczony i myślisz sobie, że nie masz już sił, to oni piszą Ci takie głupoty albo rzeczy tak miłe, że sobie myślisz, że czas zdrowieć i bawimy się dalej. Otrzepujemy kolana, a za dzielność strugamy wszystkim ordery, na przykład takie z ziemniaka.

A reszta? Reszta to właśnie szczeniaki.