Noc muzeów kontra dzieciaki kultury instant

Na zdj. kadr z filmu „Noc w muzeum 2”, reż. Shawn Levy

Największą zaletą muzeum było to, że wszystko tam stało zawsze na tym samym miejscu. Nic nigdy nie przesuwano. Mogłeś wracać sto tysięcy razy i zawsze Eskimos dopiero co złowił swoje dwie ryby, ptaki były w drodze na południe, sarny piły u wodopoju, miały śliczne, smukłe nogi, a Indianka z obnażoną piersią wciąż tkała ten sam kilim.

Jerome David Salinger, „Buszujący w zbożu”

Nie bywam w muzeach, nie mam do nich cierpliwości. Wymagają czasu, uwagi, skupienia. Ja żyję w biegu. Przyzwyczajona do pędu, do wielkiego miasta. Do tego, że stale coś torpeduje mi zmysły. Muzeum jest inne. Ciche, spokojne. Zwykle zimne i duże. Idealne, żeby myśleć, a przecież my, dzieciaki kultury instant, nie lubimy myśleć. Lubimy działać. Szybko i mocno, bo jak nie, to lepiej wcale.

I nagle pojawia się taka akcja. Już jutro, w nocy z 17 na 18 maja, kolejny raz rusza noc muzeów. Taka jedna noc w roku, kiedy drzwi muzeów nie zamykają się do białego rana. Kiedy można zobaczyć wszystkie ekspozycje, poszwendać się z przyjaciółmi, zwiedzić masę miejsc za darmoszkę. To piękne, że ktoś tak nam przybliża kulturę. Że mówi: „pójdź za mną”, a my ochoczo idziemy.

Tylko szkoda, że to na dłużej nie działa. Że nie wrócimy więcej do tych muzeów, tak jak nie wracamy do naszych pierwszych miłości. Że poczujemy się wyjątkowo, zachłystując się tą sztuką, ale rano otrzeźwiejemy z zachwytu. I nawet kac nie zaprzątnie nam głowy.

Jasne, że doceniam ideę. Że to dobry sposób na spędzenie nocy, lepszy nawet niż słuchanie gry na gitarze. Problem jednak w tym, że to jednorazowy strzał. Że muzeum już dzisiaj nie działa. Że potrzebujemy, jak nam zmysły dopierdala, zamiast otępiać, jak mówi Ola z „Hardkor Disko”. I to się tak prędko nie zmieni.

To natomiast, co mi robi zmarszczki na czole oraz wygina buzię w podkówkę, to ta wspomniana darmoszka. Ta kultura, rozpaczliwie zwołująca do siebie odbiorców. Trochę jak Rejtan, rzucający się na podłogę i rozdzierający na piersi koszulę, a trochę jak nachodzący nas świadek Jehowy. Może tylko ja mam z tym problem. Może jestem z pokolenia, które uważa, że są loty, których się nie obniża. Nawet, jeśli trwanie w raz obranym kursie może roztrzaskać nam dziób.

Bo wiecie. Za darmo to może być sos teriyaki dołączany do weekendowego wydania gazety. Próbka szamponu do włosów. Słoiki od babci. Kosz od kumpla z roboty. Za inne rzeczy powinno się jednak płacić.