Mistrz Yoda kontra ksiądz, który na ślubie zaśpiewał „Hallelujah”

Na zdj. kadr z filmu „Gwiezdne wojny, część V: Imperium kontratakuje”, reż. Irvin Kershner

Zaiste cudowny umysł dziecka jest.

Zestawienie mszy świętej z mistrzem Yodą sprawi pewnie, że zaraz ktoś mnie wyzwie od heretyczek, bluźniących i tych z PO, ale naprawdę, trudno mi się było powstrzymać.

Pewnie dobrze kojarzycie ten film. W ciągu kilku dni został obejrzany w serwisie YouTube niemal 12 milionów razy. Od dwóch dni ciągle wałkuje go także polski internet, a większość oglądających rozpływa się w zachwytach i mniej lub bardziej otwarcie roni łzę wzruszenia. Bo piękne to i wyjątkowe i pewnie każdy takiego ślubu dla siebie by chciał.

Główny sprawca zamieszania, ksiądz Ray Kelly przyznaje, że lubi śpiewać, ale nie chciałby robić z tego zajęcia na cały etat. Kocha być księdzem, a śpiewanie traktuje jako dar, z którego – skoro już się go otrzymało – wypadałoby przecież korzystać.

I nie pisałabym o tym, naprawdę, gdyby nie to,  że w ręce wpadła mi Fronda. Nie wiem, co i jakim cudem mnie na nią teleportowało, ale to, co znalazłam w komentarzach pod filmem, sprawiło, że wymknęło mi się bardzo smutne: aj.

News, najpierw wzmianka o filmie: że ksiądz z Irlandii zaśpiewał na ślubie pewnej pary „Hallelujah” Leonarda Cohena, że tak stał się bohaterem internetu. Że nazywa się Ray Kelly  i to nie pierwszy jego taki występ, bo wcześniej na innym ślubie śpiewał „You Raise Me Up”.

Atmosferę podkręciło dopiero rzucone na koniec pytanie: „Czy jest to stosowne zachowanie w kościele, tuż przed udzieleniem jednego z najważniejszych sakramentów? Oceńcie sami”.

I tu zaczęła się rzeź. Dowiedzieliśmy się z niej, że:

– Ray Kelly  ładnie śpiewa, ale nie znaczy to jeszcze, że przystoi to mszy. Co więcej, fatalna jest kondycja ludzka, skoro „to, co widoczne dla oczu i słyszalne dla uszu, bardziej ludzi pociąga niż tajemnica sakramentu”;

– gdyby ksiądz był skierowany twarzą do Boga, to nie miałby czasu na robienie własnej kariery;

– było to „nadużycie liturgiczne”;

–  jedyna osoba, która ma prawo robić w kościele jakiekolwiek show, to Bóg;

– dobrze, że ksiądz nie wyskoczył z tortu.

Najpierw tylko się uśmiechnęłam, później zrobiło mi się autentycznie żal. Sama na tym filmie płakałam, a musicie wiedzieć, że ja nie płaczę nawet u dentysty ani w czasie regulacji brwi.

Tymczasem pojawia się film z naprawdę wspaniałej uroczystości – niesztampowej, innej, radosnej. Ludzkiej. Gdzie może faktycznie to człowiek, nie Bóg, jest tutaj najważniejszy, ale nawet ten Bóg przymyka czasem oko. Na to, że w tym kościele to nie wypada, że druhny roznegliżowane, a dla księdza gwizdy oraz okrzyki w ramach wielkiego wiwatu. Że to nie jest w końcu Bóg grzmiący i karzący, starotestamentowy i zły. Że to jednak Bóg dobry i miłosierny, który – jeśli jest – to jest raczej całkiem w porządku.

Ten wpis nie wynika jednak z mojej religijności albo ewidentnego jej braku. Wynika z rozczarowania człowiekiem. Z nieumiejętności skupienia się na tym, co piękne, wspaniałe, ulotne. Jeden dzień w życiu. Jedna para ludzi, jeden ksiądz. I wzruszenie, które poszło hen, w daleki świat.

Łatwo zbiorowo nam się oburzyć, ale cieszyć się razem już nie umiemy? Wszędzie znajdziemy rysę, podstęp, czające się zło? Yoda ma rację. Umysł dziecka jest cudowny, bo posiada rzadką i zanikającą z wiekiem umiejętność zachwytu. Bo jest ufny, otwarty, nieskażony podejrzliwością. Bo przyjmuje rzeczy takimi, jakimi są i potrafi się z nich ucieszyć.

A dorośli? Dorośli wolą urządzać wojny, którym daleko do Boga i gwiazd.