Maleńczuk i „Tęczowa swasta”. Wielki manifest czy wielka smuta?

Na zdj. kadr z klipu „Tęczowa swasta”, fot. YouTube

W kraju moim kraju, tam w jego stolicy,
podpalili tęczę swasty zwolennicy,
nie żal mi tej tęczy, inna rzecz mnie dręczy,
czy by się nie dało wzajemnie zaręczyć?

„Tęczowa swasta”, Maciej Maleńczuk & Psychodancing

Są pomniki, których nie powinno się burzyć. Ja takie mam i jest to na przykład Alf, polujący na kota Tannerów. A mniej obrazowo, to chodzi o jakieś stałe, obecne od zawsze w naszym życiu i wyznaczające fundamenty istnienia. Jak na przykład miłość do Franza Maurera albo trwanie w skomplikowanym związku z Andrzejem Kmicicem z „Potopu”.

Gdybyście zapytali mnie o te stałe jeszcze kilka lat temu, nie mówiłabym: Franz, tylko: Linda. Bo kochałam też Lindę z „Sary” i Lindę z „Demonów wojny wg Goi”. I Lindę z „Reichu” też. Ale później stał się też Lindą z polsatowskiego serialu, gdzie (z wdziękiem, bo z wdziękiem, ale jednak) grał mistrza ściery i odkurzacza. A później zdeklasował się już na maksa, reklamując Geriavit Pharmaton i moje serce nie mogło bić dłużej dla niego.

I teraz przychodzi Maleńczuk. Facet z tego samego mniej więcej worka, który w mojej głowie od lat ma status legendy. I śpiewa. Najpierw dość oszczędnego „Vladimira”, teraz „Tęczową swastę”. I o ile jako jednorazowy numer mogło to wydać się świeże i ciekawe, o tyle Maleńczuk występujący w roli cyklicznego komentatora rzeczywistości wydaje się równie niefortunnym pomysłem, jak budzenie się w łóżku obok pluszowego triceratopsa.

Nie, nie podobał mi się „Vladimir”. Może dobija właśnie do półtora miliona wyświetleń na YT, może miał piękny, ascetyczny przekaz, ograniczający się do wymownego „ni chuja”, walącego w Putina z subtelnością otwieranej w dupie parasolki, ale ani to mocne było, ani śmieszne. Rozumiem jednak ten zryw, ten moment, kiedy wszyscy byliśmy Ukraińcami i wszyscy chcieliśmy walczyć, głównie poprzez statusy na FB.

A teraz nagle wszyscy jesteśmy tęczą i nie chcemy, żeby nam ten ogon palili. Ja też nie chcę, choćby z czystego uporu. Ale Maleńczuk nie chce jakby bardziej. Znów – jako artysta – poczuwa się w obowiązku do wyrażenia własnego zdania. Nagrywa klip, nazywa go manifestem, a ja patrzę i wiercę się, bo nie za takim Maleńczukiem szalałam.

To ładne, że chodzi po tygodnikach, że mówi o patriotyzmie, ojczyźnie i śpiewa bojowe pieśni. Przekaz jest niezły, sporna pozostaje forma. Sam pomysł chyba też. Od zdawkowych informacji odnośnie bieżących wydarzeń mamy przecież portale, od wyśmiewania – głupkowate memy, a od tego, żeby robiło nam się w życiu przykro – nowe odcinki „Warsaw Shore”.

I to zapieranie się pod teledyskiem. Czytaliście komunikat?

Maciej Maleńczuk z zespołem Psychodancing oświadczają, że są pacyfistami, wszelkie symbole użyte w tym filmie służą pojednaniu społecznemu, Nie nawołujemy do nienawiści, separatyzmu, homo i ksenofobii, oraz żadnego rodzaju rasizmu. Jest to pokojowy akt artystyczny, i jako taki powinien być odbierany.

Znowu więc smutek. Że taką mamy Polskę, w której artyści muszą się tłumaczyć i zabezpieczać. Że już nawet nie cenzura czy polityczna poprawność wchodzą im w paradę, ale klasyczna głupota ludzka. Która, jak było do przewidzenia, w przypadku rzekomej tęczy po raz kolejny okazuje się być studnią bez dna.

I nad tym wszystkim wojujący Maleńczuk. Pomnik, który jeszcze nie runął, ale czuć było pierwsze tąpnięcie.

A gdyby ktoś jeszcze nie widział: