Lumberseksualny facet? No Bóg Was opuścił z tymi brodami

Na zdj. kadr z filmu „Kevin sam w domu”, reż. Chris Columbus

Każdy facet chce przed śmiercią chociaż raz zapuścić brodę. To jeden z kilku możliwych sposobów powiedzenia wszystkim „walcie się”.

Don DeLillo, „Americana”

Czasem, kiedy chcę uprzykrzyć sobie życie, zaglądam na naTemat. To cudowne źródło kreowania trendów, samozwańczy bóg aktualnych mód, potrzeb, celów i pomysłów. Podziwiam rozmach, z którym funkcjonuje oraz ludzi, którzy czytają go regularnie. Ciut boję się o ich IQ, ale przecież nie wszyscy mogliśmy urodzić się Einsteinami.

Niemniej, w naTemat ogłosili dumnie: stało się, koniec ery metroseksualnych mężczyzn. Potwierdzają to zgodnie „The Guardian”, „Newser” i „Cosmopolitan”. Czas na lumberseksualnych.

Nie wiem, czy za ten „czas” uznać dokładnie dzień i publikację wpisu, czy odhaczyć datę w kalendarzu, uczcić ją kupieniem goździka. Sam zwrot „stało się” jest przecież tyleż patetyczny, co i złowieszczy: oto kres ery, jaką znaliśmy. Nikt nie będzie już ganiał po ziemi orzeszka ani też wzdychał „sysunia”.

Przechodząc jednak do rzeczy: ery nie następują po sobie z prędkością kobiecego okresu, ani tym bardziej iPhone’a, uderzającego o płytę chodnika. To, co dumnie ogłaszane jest nową erą, istnieje tak długo, jak długo mężczyznom rosną brody. I nie stało się dobre dziś, wczoraj, ani nawet przedwczoraj. Idę o zakład, że połowa z nas wzdychała do Ekskluzywnego Menela, zanim to stało się modne.

Facet z brodą? Jezu, no biorę. Potargany, we flaneli, z siekierą zamiast Macbooka? Tym bardziej. Tylko niech idzie za tym coś więcej. Niech faktycznie za tym strojem idzie silna osobowość, choćby rodem z lasu. Niech potrafi narąbać drwa na opał i nie jęczeć przy targaniu na święta choinki. Bo jeżeli ta nowa era ma polegać wyłącznie na tym, że naszych metroseksualnych chłopców z ich bezradnymi nóżkami, okutanymi w kolorowe rurki, przebierzemy za nowych władców lasu, to ta sztuka się nam, moi drodzy, nie uda.

Problemem nie jest w końcu to, jak facet się czesze, goli, ubiera. Problemem jest to, jaki jest. I jeśli ktoś wreszcie ogłosi koniec ery chłopców, którzy przed porannym wyjściem potrzebują do szczęścia lakieru do włosów i pudru do zmatowienia, to ja się dopiero wtedy ucieszę. I nie, nie mam nic do lakierów do włosów ani pudrów do zmatowienia. Ale kiedy facet, z którym się spotykam, spędza w łazience więcej czasu, niż ja, to zaczynam odczuwać niesmak oraz złość.

I – żeby nie było – prawdziwy facet to nie ten, który jest niezadbany. Ale to także nie ten, do którego przypnie się łatkę. Nie czas jednak i miejsce na gadanie o prawdziwej męskości, bo i kobiecość mocno nam podupadła, a jak w któryś z tematów wejdziemy, to do czasu nadejścia zombie możemy nie zdążyć wyjść.

Wracając zatem do brody – jasne, że pięknie ją mieć. Jasne, że daje +10 do męskości (tak naprawdę, to +100, ale zaraz odlajkują mnie ci, którzy brody nie mają), ale nie broda czyni faceta. Chociaż postawcie mi obok siebie dwóch, jednego z, drugiego bez, a nie zawaham się nawet chwileczkę.

No chyba, że trzecim będzie Ryan Gosling.