Lubimy widzieć nasze pieniądze. Na przykład wiszące w szafie

Na zdj. kadr z filmu „Seks w wielkim mieście 2”, reż. Michael Patrick King

Lubię moje pieniądze w miejscu, w którym mogę je widzieć… wiszące na wieszakach w mojej szafie.

Carrie Bradshaw, „Seks w wielkim mieście”

Tak, bardzo miło jest dotknąć pieniążków. Na przykład takich w postaci kaszmiru. Albo ukochanych szpilek. Albo małej czarnej. Albo dużej czerwonej. Człowiek wtedy czuje, że żyje i wie, po co pracuje. Można sobie takie ubranko włożyć, pokręcić się w nim przed lustrem, pokazać mężowi, a nawet wyjść czasem do ludzi. I to jest bardzo słuszne, wszyscy lubimy wyglądać pięknie.

Natomiast czasem jest tak, że ktoś nie potrzebuje widzieć pieniędzy. Kupuje wtedy za nie słodycze i chowa je hurtem do brzuszka. Czasami robi to nierozsądnie, i wtedy też może zobaczyć swoje pieniądze, odkładające mu się na biodrach albo w okolicach pępka.

A innym razem ktoś zbiera przeżycia. Chodzi trzecią wiosnę w tych samych trampkach, skarpetki ma takie, że trochę wstyd mu ściągać buty, jak jest u kogoś w gościach, a telefon trzyma się kupy tylko dzięki metrom taśmy klejącej. I to także jest słuszne, albowiem są różni ludzie i różne są ich potrzeby.

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie moja kochana mama. Wizyty w domu zawsze są nieocenionym źródłem inspiracji, zaś kłótnie z nią dostarczają takiej adrenaliny, że człowiek nie musi już jeść ani pić. Jest taki nakręcony, że może tylko usiąść i pisać, albo oddać w okolice skroni samobójczy strzał. Ja nie mam broni, mam tylko klawiaturę.

No więc moja mama okazuje się w tej kwestii niezwykle nierozsądna. A raczej, w jej mniemaniu, nierozsądna jestem ja. Siedzimy sobie przy stole w kuchni, rozmawiamy, pita jest zielona herbata, i ogólnie panuje serdeczność między nami. I wtedy ona pyta, że jak to tak. Całe życie nie mieć niczego? Tak ja to widzę? To życie?

I ja wtedy na nią patrzę z tak autentycznym zdumieniem, że mam ochotę sięgnąć po ajfona i trzasnąć sobie foteczkę. Wyszłaby fota na miarę selfie z Oscarów albo Kurskiego na tle Majdanu. Naprawdę, gdybym popijała właśnie tę nieszczęsną herbatę, zachłysnęłabym się nią, opluwając przy okazji siebie, ją i pół stołu. Nic? Nie mam nic?

Wyobrażam sobie wtedy taki obrazek: łąka albo pole, gdzieś na obrzeżach miasta, wielkie palenisko, trochę jak to z „Psów” Pasikowskiego. I ja tam wtedy, z moją świnką skarbonką, stoję i rzucam banknot za banknotem, a one spalają się po cichutku i lecą z dymem hen, w daleki świat. Tak musi to widzieć moja mama i nawet mnie to cieszy, bo zwykle nie lubimy takich samych filmów i różne rzeczy wyobrażamy sobie inaczej. I wtedy właśnie dociera do mnie, że „Psów” też ona raczej nie lubi i pewnie wcale ich nie widziała, bo ona intuicyjnie namierza filmy dobre i z premedytacją zmienia wtedy w telewizorze kanały.

Nie wiem, w takim razie, co ja jej zdaniem robię z tymi pieniędzmi, które czasem mam. Teraz problem jest jakby mniejszy, bo nie mam ich prawie wcale, i jak już jakieś mam, to faktycznie zamieniam je na dobra, upychane później do brzuszka. Ale jak coś mi z nich już zostaje, to zamieniam je na takie rzeczy, których ona nie powiesi mi w szafie. To są przeżycia. Przeżyciem może być pójście do przytulnej kawiarni, teatru, kina, na mecz. Przeżyciem może być wyjazd, taki bliższy albo taki daleki. Jak na przykład taki do Pragi, gdzie miałyśmy z Beatką do wyboru, czy Starbucks i słodkie latte, czy może później obiadek. Wiadomo, że Starbucks. Mieli wi-fi i ładną łazienkę, w której można było umyć zęby, trochę brudne od czerwonego wina. Bo do Pragi jechałyśmy z grzanym winem w termosie oraz kanapkami z Polski.

Można też płynąć na Bornholm, na jeden dzień, w tę i z powrotem, jak płynęłyśmy z Moni. Zjeść tam sobie Snickersa (polskiego, wiadomo, wygniecionego w torebce) i mieć takie przeżycie w kolekcji, że widziało się Bornholm, mówiło się „cześć” tamtejszym ludziom i jeździło rowerem po ich czystych ulicach. To są mocne przeżycia, prawdziwe. Takie, których nie widać na wierzchu, ale które robią Ci w środku motyle. Które przywołujesz, ilekroć masz na to ochotę, i nie wymagają prania ani nie odpadają od nich guziki.

No więc, ja nie mam nic. Nie dorobiłam się samochodu, MacBooka ani domu z ogródkiem. Jeśli ktoś zaczepi mnie na ulicy i spyta, co masz, odpowiem, że na imię Asia.

I ani trochę smutku nie będzie przy tym we mnie.