Kobiety takie podłe, mężczyźni tacy z kompleksami

Na zdj. kadr z filmu „Vicky Cristina Barcelona”, reż. Woody Allen

Posiadanie pieniędzy jest lepsze niż nędza. Z powodów czysto finansowych.

Woody Allen

W październiku pisałam Wam o wygrywaniu w konkursach. O tym, że to fajny sposób, żeby zrobić sobie niespodziankę, nie naruszając przy tym domowego budżetu. Chwilę później odezwał się do mnie dziennikarz z Bankier.pl z prośbą o udzielenie wywiadu. Temat ten sam, bo czemu by nie.

Odzew był, jak to w internecie – w komentarzach pod wywiadem możecie przeczytać, że jestem:

a) próżna

b) ładna

c) normalna, bo przynajmniej nie udaję, że marzę o pokoju o świecie.

Otóż marzę o pokoju na świecie. Nieważne, czy jestem ładna i próżna, no chyba, że ktoś z Was chce się ze mną ożenić. Ostrzegam, że nie gotuję. Nie wiem, czy dlatego, że nie umiem, bo nigdy nie próbowałam.

Ważne natomiast jest to, że odezwał się do mnie urażony tym wywiadem mężczyzna. Zupełnie mi obcy, zupełnie mnie nieznający, życzący sobie żony, mającej „mniej puste marzenia, niż ja”. Nie wiem, skąd wziął wiedzę na temat moich marzeń, bo nikt o nie w wywiadzie nie pytał, ale nie czepiajmy się przecież szczegółów.

Ten sam mężczyzna wysunął tezę, że to właśnie „takie” kobiece myślenie rozwala małżeństwa i żeby móc utrzymać przy sobie partnerkę, należy rekrutować ją spośród biedniejszych od siebie. Nie mam mu tego za złe, natomiast jestem autentycznie ciekawa, skąd pomysł, że na moje drogie buty miałby dać mi mój mąż.

Otóż pracuję na siebie od pierwszego roku studiów. Pracowałam także, studiując jednocześnie dwa kierunki, chociaż rodzice sporo mi wtedy pomagali. Zakuwałam nocami, żeby mieć dobre oceny i choćby minimalne stypendium. Sypiałam po trzy, cztery godziny na dobę i od tamtej pory niewiele się w tej kwestii zmieniło.

Dziś także pieniądze nie spadają mi z nieba i ciężko pracuję na to, żeby na koncie nie wiał mi halny. Mimo to nie mam tam oszczędności, pozwalających kupić działkę w Australii albo choćby używane Bugatti. Ba, poprzednie zdanie mogłabym zakończyć na etapie: nie mam tam oszczędności.

Ale moje pieniądze wydaję na to, na co chcę. Jeżeli zamiast pięciu par jeansów z targu wolę jedne porządne, to jest moja sprawa. Jeżeli zamiast piwa z kumplami wolę drogie perfumy, to jest to moja sprawa. Jeżeli zamiast „Familiady” w telewizorze wolę oglądać sztuki w teatrze, to także jest moja sprawa.

Nigdy nikomu nie zaglądałam do portfela. Nigdy nie rozliczałam ludzi z tego, na co wydają swoje pieniądze. Nigdy też nie rozliczałam ich z ich marzeń. Dopóki nie robią nimi krzywdy sobie ani innym, wszystko jest w najlepszym porządku. I tego samego oczekuję w zamian.

Nie, nie jestem próżna ani nie jestem bogata. Bardzo chciałabym być, ale nie jest to ani mój cel, ani marzenie. To za mocne słowa. Jeśli się uda – super. Jeśli nie – przeżyję, bo szczęścia nie definiuję w złotówkach.

Natomiast autentycznie zastanawia mnie fakt postawienia równania pomiędzy „chcę to” a „niech ktoś mi to kupi”. Nie przypominam sobie faceta, który fundowałby mi coś więcej niż lody i pizza. Prezenty przyjmuję w takich samych okolicznościach, jak reszta – na urodziny i święta. Nigdy nie wybierałam sobie faceta pod kątem tego, ile zarabia, bo sama potrafię na siebie zarobić. Co więcej, jestem z tych głupich, które jak się zakochują, to po uszy, bez względu na stan portfela.

Dalej. Nie wiem, jak bogaty musiałby być mężczyzna, żebym nie miała oporów przed przyjmowaniem od niego drogich prezentów, ale zapewniam, że jeżeli kiedykolwiek taki mi się trafi, to z pewnością będzie to robił dlatego, że chce, a nie dlatego, że „kobiety takie są” albo „tak trzeba”. Trzeba to myć zęby przed snem oraz odśnieżać chodnik przed domem, kiedy spadnie śnieg.

Natomiast mężczyznom, którzy uważają, że kobiety są z nimi dla ich pieniędzy, współczuję doświadczeń oraz proponuję zacząć zarabiać tyle, żeby pozbyć się kompleksów i nie mieć obaw, że kobieta kiedykolwiek zostawi Was dla bogatszego.

A na koniec – piosenka.