Kiedy młode dorosło? Czyli w kogo internet rzuca dziś kamieniem

Na zdj. kadr z filmu „Movie 43”, reż. Peter Farrelly, Elizabeth Banks, Griffin Dunne i inni

Wiesz, dlaczego dzwon głośny? Bo wewnątrz jest próżny.

Ignacy Krasicki

Bardzo cenię ludzi młodych. Za ich energię, kreatywność, śmiałość i radość w sercach. Uwielbiam ich świeże spojrzenie, otwarte głowy, pomysłowość i pozytywność. Przez młodych zaliczam tutaj tych do okolic dwudziestki, a zatem ludzi z tzw. pogranicza. Bo przecież to już nie dzieci, a wciąż jeszcze nie dorośli. I nie spierajmy się, proszę, o definicję, choć najprostsza byłaby ta, że jesteś dorosły, jak zaczynasz przynosić do domu hajs.

Niemniej, obserwuję ostatnio bardzo smutną tendencję do stawania się dorosłym na siłę. Oto kilka dni temu odebrał sobie życie Robin Williams. Bohater mojego dzieciństwa, człowiek najbliższy mi za sprawą takich filmów jak „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, „Jumanji” czy „Hook”. Popełnione przez niego samobójstwo uważam za wyraz największej rozpaczy. Nie za rozwiązanie najprostsze z możliwych, bo o ile może i łatwo jest z technicznego punktu widzenia się zabić, o tyle decyzja ta nie bywa zwykle pochopna. Samobójstwo to nie jest wyraz egoizmu, choć może być odpowiedzią na egoizm innych. Może być spowodowane samotnością, niemożnością radzenia sobie z sobą samym, ze światem. Może być stadium końcowym głębokiej depresji, z którą człowiek borykał się latami. Z tego, co czytamy w mediach, tak było i tu.

Od razu przypomina mi się cytat, udostępniony wczoraj przez Paulinę z From movie to the kitchen wraz ze zdjęciem Robina Williamsa, że depresja nie jest oznaką tego, że ktoś jest słaby. Jest oznaką tego, że ktoś był silny zbyt długo. Ten cytat wyraża więcej niż tysiąc słów.

Tymczasem na jednym z mało znanych, raczkujących dopiero co blogów pojawia się wpis. I pewnie świat gładko by go pominął, ale na swoim Facebooku podlinkował go Największy z Największych. Osobiście nie zamierzam przyłożyć ręki do promowania ani takich wpisów, ani takich ludzi, ale jeśli ciekawi jesteście bloga i osoby autora, to u NzN namiar bez problemu znajdziecie.

Mowa o wpisie o znaczącym tytule „Gardzę samobójcami”. Traktującym nie o Williamsie jako takim, ale o zjawisku samobójstwa w ogóle, choć wywołującym go oczywiście już na samym początku. Wpisie bardzo radykalnym, opatrzonym zdjęciem nagiej kobiety, której ciało spoczywa bezwładnie w wannie pełnej krwi. Wpisie, w którym autor stwierdza, że samobójstwo to oznaka samolubstwa, bo decydujący się na nie ludzie skazują swoich bliskich na cierpienie i żal. W którym nazywa samobójców tchórzami, którzy nie chcieli skonfrontować się z trudem życia. I o co w ogóle śmią robić to swoje halo, skoro każdy czasem cierpi i to normalka, że nie każde życie kończy się happy endem.

Wiele, wiele słów cisnęło mi się na usta po przeczytaniu tego wpisu, ale swój komentarz ograniczam do niezbędnego minimum: jest mi po prostu przykro. Tym bardziej, że autor bloga ma 18 lat i po zdjęciach z profilu można stwierdzić, że jego cierpienie lawiruje wokół konieczności dokonania wyboru między niezliczoną ilością nowych modeli Ray Banów. Instagram podpowiada, żeby zerknąć i tam, ale podgląd każe mi wątpić. Na dziewięć ostatnich zdjęć siedem to samojebka. Nie chcę dowiadywać się więcej.

Chciałoby się zapytać: co Ty wiesz o cierpieniu, ale byłby to pewnie głos wołającego na puszczy. Pewnie, że młodzi ludzie także mogą być doświadczeni. Mieć za sobą bagaż przeżyć i wszelakich traum. Ale takich poznaje się po osądach. Po pokorze, zrozumieniu, szacunku dla innych. Po postawie, sposobie formułowania myśli. Wbrew metrykom, tacy ludzie są już dorośli. A reszta niech spożytkuje swoją młodość najlepiej, jak umie. Choćby miało to być pływanie na dmuchanych żółwiach i przewalanie kieszonkowego na kolorowych drinkach. To przynajmniej nikogo nie krzywdzi.

Nie rozumiem bowiem, co – poza rozgłosem – autor chciał tutaj osiągnąć. A może rozgłos to i tak aż nadto? W końcu, po co pracować na swoją pozycję miesiącami czy nawet latami, skoro jeden taki wpis w godzinę od podlinkowania ściągnie mu cały tłum. Tylko po co mu to, właściwie? Dlaczego najgłośniej krzyczą ci, którzy najmniej mają do powiedzenia? Co dzieje się z młodym pokoleniem, że tak ochoczo zabiera się do osądzania? We wszystkim chce być najgłośniejsze i najmądrzejsze, we wszystkim mieć monopol na rację?

Są sytuacje, w których wiek ma znaczenie. W którym wypada zamilknąć, zamiast bezczelnie zabierać głos. Bo tak, dla mnie jest to głos bezczelny, zuchwały, niepoparty wiedzą ani doświadczeniem. Głos nastolatka, który chwycił się tematu, wałkowanego od kilku dni w mediach i pokazał go tak, by wzbudzić wokół siebie kontrowersje i szum. Tematu, o którym nie ma pojęcia, a którym robi wokół siebie tyle hałasu, co rozszczekany York.

Ale nie, nie rzucę w niego kamieniem. Internet zrobił to za mnie.