Jak przekonać faceta do swoich racji? Na pewno robisz to źle

Na zdj. kadr z filmu „Czas na miłość”, reż. Richard Curtis

Teraz, po każdej Twojej decyzji, zdejmę jedną część garderoby.

Nie wiem, czy oglądaliście „Czas na miłość”. Dla mnie to mocno nierówny film. Najpierw całkiem fajna komedia, później całkiem niefajny dramat. Niby wszystko pięknie, ale przesłanie mocno banalne. Żeby cieszyć się życiem i ogólnie mieć radość z każdego dnia. Srsly? Wow.

W każdym razie, rozgrywa się tam całkiem niezła scena. On się już oświadczył, ona do tego jest w ciąży. Czas na kilka decyzji, których ona się mocno domaga, a których podjąć jemu się nie chce. Więc ona wchodzi do pokoju, staje przed nim i mówi, że za każdą decyzję w dół leci jeden ciuch. Działa? Działa. W ciągu minuty wiadomo, gdzie odbędzie się ślub, kto będzie drużbą, kto księdzem i dokąd pojadą w podróż poślubną. To były chyba najszybciej podjęte decyzje świata i szkoda, że młoda nic więcej na sobie nie miała, bo pewnie byłoby jeszcze coś do ugrania.

I to był bardzo, bardzo dobry sposób na leniwego faceta. Jasne, że z przymrużeniem oka, jasne, że nie wszystko rozbieraną dyplomacją załatwić się da. Ale zmyślne to i sprytne, a co najważniejsze – skuteczne. Do tego z frajdą dla dwojga.

Bo jak patrzę czasem dokoła, na kobiety w tramwajach, w kinie czy w parkach, to przejmuje mnie strach. Że trzy są tylko sposoby osiągania swego, a mianowicie: szantaż, krzyk oraz płacz. Płacz występuje na przemian z milczeniem, pewnie w zależności od temperamentu oraz tego, jak wielka jest troska o misternie robiony makijaż. A mnie się wtedy chce śmiać.

Nie wiem, na jakich lekcjach tego uczą, czy to wina rudej katechetki czy zaciągnięcia się podczas picia mleka matki. Ale skąd babom przychodzi do głowy, że tak cokolwiek załatwić się da? Ok, może i da, ale to słabe i pachnie przedszkolem. Mój facet nie chce iść do teatru, to tupnę noga i złamię obcasik. Krzyknę, że jest debilem i pójdę z kolegą, któremu on potem da w twarz.

Bardzo lubię też szantaż na seks. A raczej jego brak. Wiesz, nie pójdę z Tobą do łóżka, jeśli nie wyniesiesz śmieci albo nie umyjesz okien. Jeśli nie zostaniesz w domu, zamiast szlajać się znowu z kumplami. Jeśli nie pojedziemy na weekend do matki, bo Ty wolisz grać w gry, zamiast pomóc w koszeniu trawnika.

Tak, jakby ten seks był fajny tylko dla jednej ze stron i musiała się cierpiętnica poświęcać, żeby na co dzień się na niego zdobywać. Naprawdę, powinni przyznawać za to ordery, przynajmniej takie, strugane z ziemniaka.

O wiele sprytniej jest już podrażniać ambicje. Najlepszy przykład tego, jak fantastycznie to działa, miałam jeszcze za czasów LO. Kiedy wychowawca – facet o urodzie i mentalności bobra – rzucił, że mam za dużo nieobecności, jako kujon nad kujonami wykręciłam się, że to przez udział w konkursach. I że jak on nie może mi tego usprawiedliwić…

I nie zdążyłam nawet dokończyć, bo wtedy z jego ust padło: „jak to nie mogę? Ja nie mogę?” I usprawiedliwił wszyściutkie. Nawet te, kiedy żadnych konkursów nie było, a ja czas wolny spędzałam, wylegując się na parkowych ławkach.

Od tamtej pory trochę czasu jednak minęło i my, dziewczynki, trochę urosłyśmy. Nie tylko wzdłuż i wszerz, bo człowiek rozwija się też emocjonalnie. Dlatego dobrze by było, gdyby do wszystkich dotarło, że najlepsza jest jednak rozmowa. Nie szantaż, krzyk ani płacz.

A asekuracyjnie, zamiast strojenia fochów, lepiej wystroić już siebie. Żeby w odpowiedniej chwili mieć jednak co zdjąć.