Jak zostać dziennikarzem? Uważaj, cwaniaków ci u nas dostatek

Na zdj. kadr z filmu „Grindhouse: Death Proof”, reż. Quentin Tarantino

Pam: Jak masz imię, Icy?
Kaskader Mike: Kaskader Mike.
Pam: Kaskader Mike to twoje imię?
Kaskader Mike: Zapytaj, kogo chcesz…
Pam: Hej, Warren. Kim jest ten facet?
Warren: To Kaskader Mike.
Pam: A kim, do cholery, jest ten Kaskader Mike?
Warren: Jest kaskaderem.

Też nie możecie się z kimś czasem dogadać? Bo ja w takich momentach zastanawiam się, czy to ze mną jest coś nie tak, czy może ktoś, wstając rano, trzasnął głową o drzwi lodówki.

Otóż po raz kolejny popełniłam ten błąd, że szukałam pracy. Do tego, jako dziennikarz. Widzę ogłoszenie, wymagania klarowne. Lokalizacja: wypisane trzy miasta. Duże, fajne, więc ślę. Następnego dnia dzwoni telefon. Pełna profeska, słodka sekretarka. Z miejsca, które Wikipedia definiuje jako „jeden z największych koncernów wydawniczych w Europie”. Że łączy z naczelnym i bardzo jej z tego powodu jest miło.

Mnie także jest miło, bo naczelny kulturalny i fajny nawet ma głos. Rozmawiamy o tym, co umiem, co za mną i co być może przede mną. Jemu się to podoba i mówi: ok. To teraz tylko pytanie: bo oni otwierają nowy tytuł, wszystko jest w fazie projektu, redakcję muszą szkolić i potem poślą ją w świat. I czy ja się zgodzę na miesiąc wyjazdu. Szkolenie, w hotelu, a co.

Brzmi dziwnie, ale dobrze się składa, bo ja mam bzika na punkcie hoteli. Mogę tam spędzić pół życia, w porywach nawet trzy czwarte. Tu słyszę, że ktoś mnie tam wsadzi, opłaci spanko, jedzonko i jeszcze dorzuci drobniaki. Nie pytam, ile. Pytam tylko, gdzie.

I tu robi się dziwnie, bo wioska to jakaś totalna – no, ze 40 tysięcy mieszkańców, ale na pewno nie jest żadnym z miast, wspominanych w tym ogłoszeniu. Ale to tylko miesiąc, szkolenie, wiadomo. Za chlebem i na koniec świata, czy jakoś tak.

Pytam jednak, co dalej. Pan do mnie: jak dalej? Życie toczy się tu i teraz i na tym właśnie się skupmy. Bo za miesiąc może być koniec świata i ja się mogę nie nadać. Ja na to: wiadomo. Ale zakładając trochę radośniej, że ja spiszę się nieźle, a końca świata nie będzie  (święto to raczej ruchome), to gdzie ma siedzibę redakcja? I tu zaczyna się czad.

Babcia okazuje się wilkiem, czarne nie jest czarne, a białe nie jest białe. Świat trzęsie się w swych posadach, a pan do mnie, że i mną musi chyba potrząsnąć. Że o tym miesiącu mówimy i na tym mam skupić uwagę. Ja przytakuję, ale nie odpuszczam. Wymieniam miasta z ogłoszenia i pytam: to które? A on, że mam zapomnieć. Że chyba nie wiem, jak rekrutuje się pracowników, bo ogłoszenie było zmyślone, a projekt ściśle jest tajny.

Włącza mi się: że co? Nie pytam o tytuł, charakter pisma, nazwiska członków redakcji. Nie pytam, ile płaci, ani na jaką umowę zatrudnia. Nie pytam, jak żyć. Pytam, GDZIE żyć. On do mnie, że to, co sobą reprezentuję, to postawa roszczeniowa i myślenie życzeniowe (obcykał się, skubany, w terminach) i że on oddziału tworzyć dla mnie nie będzie.

Ja dalej spokojna, bo jeszcze przed kawą i ogólnie piżama (środek nocy, okolice południa). Więc kajam się i przepraszam, żem głupia. Ale drążę: to gdzie?

I jak się pan teraz nie wkurzy, jak nie zacznie litanii ze swoim CV, jak mi nie powie, kim on nie był, i kim on teraz jest… No, świat wstrzymał oddech, a mnie się wymknęło: ojej.

I mówię mu, że rozumiem, szanuję, na co on przerywa, że nieważne, czy ja szanuję, bo on wartość swoją zna. A mówi mi to wszystko, aby dać mi o sobie pojęcie i zbudować we mnie poczucie – a jak – bezpieczeństwa. A w ogóle to ma na biurku 800 innych CV i że ja nie doceniam, że on wybrał właśnie mnie. Kajam się więc szybciutko, ale mówię, że jestem zaskoczona, że ktoś szuka pracownika, nie mówiąc mu, gdzie. Na co on, że chyba jestem zaskoczona, że w ogóle do mnie zadzwonił. Bo sytuacja w mediach fatalna i ja nie rozumiem, co on może mi dać.

Więc kim, do cholery, jest kaskader Mike? Jest kaskaderem.