Człowiek to nie koło, tego nie zmienia się na poboczu

Na zdj. kadr z filmu „Zostawić Las Vegas”, reż. Mike Figgis

Nigdy, ale to nigdy nie wolno Ci prosić mnie, żebym przestał pić.

Jest wiele rzeczy, które można zmienić. Na przykład dostawcę internetu albo czas z zimowego na letni. Można zmienić pizzerię na tańszą albo burgera na takiego bez mięsa. Można też zmienić adres albo nazwisko. Albo kolor ścian z żółtego na biały. Ale nie wolno nam zmieniać człowieka.

Nie wiem, co jest z nami nie tak, że na pewnym etapie związku włącza nam się postawa roszczeniowa. Przecież jeśli godzimy się z kimś być, to znaczy, że odpowiada nam taki, jaki jest. Nie grubszy, nie chudszy, nie bogatszy, ani nie ładniejszy. Dlatego jak płachta na byka działa na mnie babskie gadanie „myślałam, że on się zmieni”. Dlaczego miałby się zmienić? Przecież takiego go właśnie chciałaś.

Liczenie na to, że ktoś się zmieni po miesiącu/po roku/po ślubie jest jak kupowanie za małych ciuchów. Bo a nuż się rozciągną albo dupa nam schudnie. I kończy się zawsze tak samo – albo ciuch przeleży pięć sezonów na samiutkim dnie szafy, albo chodzimy w nim wyściskani, a patrzący na nas ludzie mają miny jak ministrant po nieudanej tacy. I po co?

Faceci są pod tym względem mniej skomplikowani. Nie pasuje, nie biorą. Nie podoba się w trakcie – odstawią. Tylko kobiety szarpią się jak karp w reklamówce. Kiedy słyszę czasem rozmowy na przystankach, w tramwajach albo kolejkach, motyw przejawia się zawsze ten sam. „Powiedziałam mu, żeby zgolił w końcu tę brodę”. „Żeby jeszcze przestał palić”. „Jeszcze trochę i znudzi mu się to wychodzenie z kumplami”. „Ja mu wybiję z głowy to dzwonienie do matki”.

I wtedy mam ochotę zapytać: a kim Ty, dziewczynko, jesteś?

Infantylne to i egoistyczne i trwa zwykle chwilkę, dopóki któreś nie ulegnie albo nie trafi go szlag. Ale są też przypadki ciut gorsze. Kiedy robimy sobie krzywdę taką, że żaden Apap bólu nie ogarnie. Przykład? Jedna ze znajomych wyszła za mąż. Zaraz po studiach, po kilku latach związku, który początkami sięgał czasów liceum. Po roku została rozwódką. Nie, nie zawalił się nagle świat. On się wcale nie zmienił, tylko że od zawsze ją bił. Nikt nie wiedział, nikomu nie mówiła. A niby mądra, silna, stanowcza. Kiedy się wreszcie przyznała, opadły nam ręce. Czemu się na to godziła? Bo przecież po ślubie obiecał się zmienić.

Tymczasem po ślubie zwykle jest gorzej, bo dopiero wtedy na poważnie dopada nas życie. Człowiek dorasta, pojawiają się naprawdę spore problemy. Stres w pracy albo brak pracy. Problemy z dzieckiem albo ze zrobieniem dziecka. Nie jest lżej, zwykle bywa ciężej. A przecież ze związkiem jest jak z jazdą na rowerze – jak nie dajesz rady na prostej, to tym bardziej nie dasz rady pod górę.

Wiem, że ładnie jest wierzyć w potęgę miłości. Ale to jak z wiarą w św. Mikołaja – gdzieś ta naiwność powinna się kończyć.