Czekasz na przelew albo księcia z bajki? Wujek Sheldon pocieszy

Na zdj. kadr z serialu „Teoria wielkiego podrywu”, aut. Chuck Lorre i Bill Prady

Leonard: Muszę się napić… Mamy jakiś alkohol?

Sheldon: Nie, ale mamy ziemniaki – mogę zrobić wódkę. To potrwa dwa tygodnie.

Niestety, czasem w życiu jest tak, że na pewne rzeczy musimy jeszcze poczekać. Niekiedy jest to przelew, a niekiedy książę z bajki. I to jest wtedy męczące. Czekać i nie wiedzieć, czy w ogóle jest sens.

Cała nasza ułomność polega na tym, że w tym czekaniu daliśmy się zapędzić w kozi róg. Że nauczyliśmy się doświadczać szczęścia dopiero po osiągnięciu pewnego pułapu. Zorientowanie na cel jeszcze nigdy nie było tak silne. A my – równie uparci. Kupisz sobie nowe szpilki, jak wreszcie dostaniesz podwyżkę. Prześpisz się z kumplem z pracy, jak schudniesz jeszcze z pięć kilo. Nauczysz gotować, jak on się wreszcie oświadczy.

Tak samo jest z pytaniami o to, kiedy wyjdziesz za mąż i urodzisz dziecko. Jakby zaliczenie jednego i drugiego było elementem koniecznym do zbudowania jakiejś większej całości. Jakbyś dopiero później była wartościową córką, przyjaciółką, kobietą. Problem polega na tym, że to się nigdy nie kończy. Bo zawsze jest coś do zrobienia.

A to przecież straszne, tak przesuwać granice. Własnego zadowolenia, satysfakcji z siebie. Wyznaczać sobie punkty, które musimy odhaczyć, żeby dopiero móc się sobą zachwycić. Jasne, że trzeba cieszyć się sukcesami. Ale nie można przejść całego życia z buzią w podkówkę, czekając, aż się wreszcie wydarzą.

I nie, nie chodzi o to, żeby czerpać radość z letniości. Wychodzę z założenia, że emocje muszą być silne, doświadczenia powinny być skrajne. Nie w kategoriach perwersji czy narażania życia. Tak po prostu. Żebyś wiedziała, po co wstajesz z łóżka i była pewna, z kim chcesz się do niego kłaść.

Czekanie nie powinno być zresztą bierne. Nie powinno wyłączać nas z innych aktywności, zamykać w obrębie czterech ścian. Nie wychodź do kina, dopiero jak Twój facet będzie miał czas. Nie szykuj się na bieganie, dopiero jak pełną parą rozpocznie się wiosna. Nie rób tatuażu, kiedy stuknie Ci dwadzieścia pięć lat. Nie wyznaczaj granic. Granice są po to, aby je przekraczać. Nie po to, by odgradzać się nimi od świata.

Nie wiem, po co człowiek wymyślił czas. Czy może raczej: odliczanie go. To tak, jak samemu na siebie ukręcić bat. Jasne, że usprawnia funkcjonowanie. Jasne, że nie sposób wyobrazić sobie dziś bez niego dobrze zorganizowanych społeczeństw. Ale czasem fajnie jest o nim zapomnieć. Budzić się zgodnie z własnym rytmem i zgodnie z nim chodzić spać. Spotykać się, kiedy chcecie, a nie w środę pięć po osiemnastej. A może ja tęsknię dzisiaj? Może w środę już będzie po wszystkim?

Nie chcę, żeby czekanie organizowało mi życie. Dlatego opuszczam miasta w tydzień i w tydzień do nich powracam. Nie wyprowadzam się od pierwszego, nie czekam do dziesiątego, żeby zapłacić za czynsz. Nie czekam na święta, żeby kupić komuś prezent i nie ustatkuję się po trzydziestce.

Godzę się z tym, żeby na pewne sprawy zaczekać, ale nie pozwalam, żeby między palcami przeciekał mi czas. Tak samo z facetami. Czasem potrzeba chwili – aż się zdecydują, dorosną, określą. Ale facet to nie ziemniak, nie ma co liczyć na przełom w magiczne dwa tygodnie.

Nie wiem zresztą, czy lubisz pić. Ja na dobrą wódkę byłabym w stanie poczekać.