Czego nauczyła mnie Anna Przybylska?

Na zdj. kadr z filmu „Dlaczego nie”, reż. Ryszard Zatorski

Nigdy nie wychowywałam się na autorytetach. Nie miałam też idoli, nie plakatowałam ścian Justinem Bieberem (pewnie dlatego, że w czasach mojej młodości wiódł jeszcze życie płodowe) i nie piszczałam na widok aktorów (poza Bogusławem Lindą). Ale od Anki Przybylskiej nie mogłam oderwać wzroku. Od tych wielkich oczu, cudnych rysów, pełnych ust. No i ten głos. Najpiękniejszy!

Któregoś dnia w ręce wpadł mi „Twój Styl”. Przybylska na okładce, obok nagłówek: Miłość to łóżko, przywiązanie i kumplostwo. I wiedziałam, że na zawsze zostanie to moją jedyną i słuszną definicją miłości.

Anka w tym wywiadzie była bezkompromisowa i szczera. Trzecie dziecko? To wpadka. Kontuzja męża? Super, bo chociaż pomoże jej w domu. A jednak przez tę rozmowę przebijało tyle ciepła, uczucia, uczciwości i takiej zwykłej, ludzkiej dobroci, że łzy same się cisnęły do oczu. To jej odrzucenie aktorstwa na rzecz rodziny, jeżdżenie za chłopem od Turcji do Łodzi, odrabianie lekcji zamiast pozowania na ściankach. No, nie dało się jej nie kochać. I nawet wieść o jej chorobie skutecznie przez to ignorowałam. Ludzie tak piękni i dobrzy nie umierają przecież młodo. Ba, nie umierają pewnie wcale.

Tymczasem wczoraj minął rok od jej śmierci. Więc skoro łażę tak od kilku dni i wybić sobie tego z głowy nie mogę, to może wróćmy do tej definicji miłości.

Wiecie, w czym ludzie się gubią? W kumplostwie. Przywiązanie to łatwa sprawa. Czasy dzieciństwa uzmysłowiły mi, że człowiek jest w stanie przywiązać się nawet do martwego chomika. Tak, tak, przez cztery dni nie miałam odwagi powiedzieć rodzicom, że zdechł, żeby go czasem nie wyrzucili.

Z łóżkiem jest zresztą podobnie. O ile nie sypiasz z młotem pneumatycznym, to prędzej czy później się zgracie. Zwłaszcza, jak oboje umiecie słuchać i rozmawiać, a seks nie jest dla Was tylko odhaczaniem na ślepo orgazmów. Ale kumplostwo? Kumplostwo to już jest sztuka.

Kumplostwo jest wtedy, kiedy możesz zabrać swoją dziewczynę na mecz, a po meczu zobaczyć z nią Iron Mana. Kiedy rozumie, co to znaczy, że wychodzisz dzisiaj z kumplami, a jak zadzwonisz w środku nocy pijany, to poda Ci numer na najtańszą taksówkę, zamiast drzeć się w słuchawkę, że palancie, od dzisiaj szlaban na seks.

Kumplostwo jest też wtedy, kiedy Twój facet nie przewraca oczami na kolejną historię o kretynce Baśce, pomoże Ci czasem wybrać tę nieszczęsną sukienkę i – gdy spalisz kolację – przypomni Ci, że nie tylko od gotowania macie w kuchni ten pieprzony blat.

Bo kumplostwo to zrozumienie. Akceptacja. Wzajemny luz. Znajomość i poszanowanie potrzeb. Cudzych, nie tylko wciąż własnych.

I nie ma, że jeden z elementów da się czymś łatwo zastąpić. Możecie dodać sobie do nich na przykład hajs albo wspólną słabość do sushi, ale odjąć żadnego raczej niepodobna.

Popatrzcie zresztą, jaki to banał. Miłość jako łóżko, przywiązanie, kumplostwo. Proste, nie? A w praktyce wykładamy się na tym jak żaba na lodzie. I największym błędem nie jest to, że nam ta zabawa w miłość wcale nie wychodzi, tylko że staramy się łatać brak jednego z elementów pierwszą lepszą wymówką. Łóżko jest słabe? No ale przecież chłopak się stara. Właściwie, to za nim nie tęsknię? No bez przesady, za matką też zwykle nie tęsknię. Jest moim facetem, ale na pewno nie kumplem? Spoko, kumpli mam pod dostatkiem.

To ja Ci powiem, że guzik w takim razie masz.

Dlatego usilnie będę powtarzać Wam jedno: w związkach można iść na kompromisy. W miłości – nigdy.