Coś spieprzyłeś? Masz całe życie na to, żeby Ci się udało

Na zdj. kadr z filmu „Dziewczyna z lilią”, reż. Michel Gondry

Jeśli coś chrzanisz, próbujesz następny raz i tak w kółko. Masz całe życie na to, żeby ci się udało.

Bardzo często wydaje nam się, że coś nam w życiu przepadło. Że szansa była tylko jedna i właśnie ją przegapiliśmy. I zamiast zastanowić się, jak sobie ułożyć to życie na nowo, to wygodniej nam rozsiąść się na kanapie i wyć. A tymczasem to wcale nieprawda, że szansa jest jedna, a później już wszystko przepada.

Pewnie, że można tak stracić człowieka. Albo oko. Albo inną część ciała. Ale jest milion sytuacji, w których nasze sieroctwo naprawdę nie wpływa na losy świata. Nie wstrzeliliśmy się w nie raz, drugi, ale nie znaczy to, że nie uda nam się za trzecim.

Ja mam tak z Oslo. Prawie rok temu kupiłam bilet. Najfajniejszy z fajnych, bo w jedną stronę. Miałam też spakowaną walizkę. Ułożone w głowie życie, przynajmniej na tych kilka miesięcy. I miało być w nim ładnie i kolorowo i w powietrzu pachnieć miało bzem.

I wyjebało się. Ale w sposób totalny. Na kilka dni przed odlotem wszystko trzeba było odwołać. A przecież wyprowadziłam się już z mieszkania, zwolniłam z pracy. Zawisłam w próżni. I wtedy odezwał się on.

Kontakt mamy rzadki, ale inaczej się nie da, jeśli Ty chciałeś kogoś kochać, a on Ciebie nie. Zresztą, do dzisiaj nie wiem, czy to była miłość, czy zwyczajnie lecę na tatuaże. Jakkolwiek, pomiędzy byciem chamem a byciem skurwysynem zdarzają mu się momenty naprawdę dobre. Więc kiedy napisałam, że teraz wszystko sypnęło się w gruz, bo za siedem godzin mój samolot odlatuje beze mnie, skwitował to krótko. „Pierdol to. Oslo z mapy nie zniknie”.

A dla mnie wtedy zniknęło. Zniknęło wszystko. Posypało się, co było do posypania, i nawet nie było po co tego zbierać. Myślałam, że szansa przepadła. Że mogę podrzeć bilet, rozpakować walizkę. Wygiąć buzię w podkówkę i być najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. I faktycznie, odhaczyłam każdy z tych punktów. Ostatni nawet z nawiązką.

I wiecie, co? Minął prawie rok. Kilka dni temu wróciłam z Oslo. Byłam tam tylko przelotem, ale furtka się znowu otwiera. Bo Oslo nie zniknęło z mapy i dobrzy ludzie, którzy mnie w nim chcieli, także z niej nie zniknęli. Pewnie, że zmieniło się wiele. Adres, mieszkanie i kolor na naszych paznokciach. Ale poza tym, nic. Stoi tam to Oslo, jak stało, i ciągle mówi: no chodź.

Podobnie można mieć z Bogiem. Kiedyś lubiliśmy się bardzo. Czytałam na mszy, byłam aniołkiem w jasełkach, chodziłam nawet na oazę. A później swoich bogów wolałam liczyć w procentach. Okazało się, że można inaczej spędzać czas, w co innego wierzyć, albo nie wierzyć w nic, bo okoliczności jakby nie te i coś się w głowie zmieniło.

I kilka tygodni temu zrobiło mi się smutno i zahaczyłam o okolice kościoła. Mamy tu taki jeden, we Wro. Nie lubię tego słowa, ale w książkach powiedzieliby o nim: magiczny. Taki, że czujesz motyle w brzuchu i wszystko jest w nim takie, że wiesz, że Ci dobrze i krzywda nikomu się tutaj nie stanie. No więc ostatni raz byłam w nim z pięć lat temu. I jakoś nie zawalił się przez ten czas. Odnowili go, pomalowali. Jest mniej mój – wolałam stare, wyłażące spod tynku cegły. Zmieniły się ławki, obrazy, inne elementy wystroju. Ale to wszystko jest kompletnie nieważne, bo on tam stoi, jak stał. Tak samo pachnie w nim Bogiem i tak samo w nim ładnie śpiewają, chociaż ludzie to już raczej nie ci.

Może schrzaniłam swoją religijność wtedy, przed laty. Ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby znowu spróbować. Przyjemność obcowania z wiarą ma w sobie coś ekscytującego, fajnego. Póki co, traktuję to bardziej jako doświadczenie, jak skok na bungee albo jazdę na rolkach. Plus jest taki, że tutaj nie rozbiję sobie łba.

To tylko dwa przykłady, a mogłabym wymieniać tak długo. Jestem mistrzynią zmarnowanych szans, od wydziaranych pleców aż po doktoraty. Jeśli coś można spieprzyć, to pewnie to spieprzę. Ale przecież mam całe życie, żeby się w końcu udało. Wy też.