Bądź grzeczny, bo przyjdzie Kevin Spacey i da Ci w łeb

Na zdj. Kevin Spacey, „House of Cards”, reż. Beau Willimon

„Jeżeli nie odbierzesz tego telefonu, ja to zrobię”.

Kevin Spacey podczas przedstawienia w jednym z londyńskich teatrów.

Kiedy byłam mała, myślałam, że ludzie – poza ładnymi i brzydkimi – dzielą się jeszcze na mądrych i głupich. Dzisiaj myślę, że niektórzy są dodatkowo bezczelni.

Ostatnio, będąc w teatrze, miałam przed sobą kobietę kategorii wiekowej 40+ oraz wagowej 60-, która w trakcie spektaklu, ni z tego, ni z owego, wyciągnęła z torebki batona. Nie od razu, wiadomo. Najpierw grzebała w niej przez dobrych kilka minut, jakby jej zawartość była niezmierzona niczym głupota Kelly ze „Świata według Bundych”. Później, gdy obiekt został namierzony i wydobyty, rozpoczął się proces odpakowywania. Powolny, bo tak niby ciszej, i wkurwiający, bo tak jednak dłużej.

Nie wiem, co z dorosłymi ludźmi jest nie tak, że nie mogą się od jedzenia powstrzymać. Że muszą jeść batona w czasie spektaklu, chociaż wcześniej były na to dwie przerwy. Albo że zaraz po wejściu do pociągu potrafią wyciągnąć kanapki, nawet gdy podróż trwa godzinę, w porywach do dwóch. Że w kinie muszą się nażreć popcornu, choć tutaj rozumiem rytuał. Jakoś tak nam się nasiąkło Zachodem i to takie modne, mieć w rękach kubełek.

A przejaw to egoizmu największego z możliwych, bo nikomu z tych ludzi do głowy nie przyjdzie, że innym to może przeszkadzać. Ja na przykład wyznaję zasadę przezroczystości: jestem maksymalnie niewidoczna, nie napierdalam w cudzą bańkę komfortu i na czole mam wypisane, że ludziska, wara Wam za to od mojej.

Niestety, ten przekaz nie działa. Toteż zewsząd torpedowana jestem cudzymi mlaskami, sapaniami, prychnięciami, a nawet widokiem i zapachem skarpet, wyzierających z rzędu wyżej i totalnie luzacko zapuszczonych na oparcie krzeseł, usytuowanych tuż obok moich. Żeby to jeszcze robione było z perfidią, to pomyślałabym, że sprytny jesteś, robaczku. Ale zwykle jest to przejaw głupoty w jej najbardziej bolesnej, nieuświadomionej postaci (ja na przykład wiem, kiedy jestem głupia i wierzcie mi, że proces ten przebiega w sposób cykliczny i pociąga za sobą smutną refleksję, połączoną z ochotą nabicia sobie głowy na pal).

Różnica między kinem i pociągiem a teatrem jest jednak taka, że nie przeszkadza się tu tylko sobie nawzajem. Przeszkadza się także ludziom, którzy właśnie są w pracy. Którzy wykonują nieludzki często wysiłek, aby grane przez nich role były maksymalnie wiarygodne. Których zawód wymaga ogromnej odporności na stres, umiejętności koncentracji, zapamiętywania olbrzymich partii tekstu. I za to należy im się szacunek.

Toteż nie dziwi mnie wcale Kevin Spacey, który podczas grania jednego ze spektakli zwyczajnie, po ludzku, się wkurwił. On tu się wciela w jakiegoś prawnika, a nagle na widowni rozbrzmiewa telefon. W środku długiej, sądowej przemowy. To ładne, że – pełen irytacji – miał odwagę rzucić, że proszę to odebrać, bo inaczej ja to zrobię.

Nie wiem, co jest z ludźmi nie tak, że nie potrafią ściszyć albo wyłączyć telefonu. To nie jest kwestia zapomnienia, bo przed każdym spektaklem czy seansem w kinie wyświetlany bądź odczytywany jest komunikat, wyraźnie o tym przypominający. Dlatego to już bezczelność. Przeszkadzać innym, którzy przyszli tutaj odpocząć, obcować ze sztuką, chłonąć te wnętrza, przesiąknięte naftaliną. Którzy przyszli tu po cokolwiek, ale już na pewno nie po to, żeby zapoznać się z rozbrzmiewającą z cudzego telefonu melodyjką.

Dlatego w chwilach takich, jak ta, żałuję, że nie mam koło siebie Hanka Moody’ego: