Birdman. Wielki ptak idzie na wojnę

Na zdj. kadr z filmu „Birdman”, reż. Alejandro González Iñárritu

Robisz to, bo podobnie jak my srasz po nogach ze strachu, że jesteś nikim.

Jest tym filmie scena, w której córka głównego bohatera (grana przez śliczną i zadziorną Emmę Stone) siedzi na dachu teatru i gra w „prawdę czy wyzwanie” z jednym z aktorów ojca (w tej roli genialny Edward Norton). Sama woli wyzwania, toteż kiedy przeciwnik po raz kolejny wybiera prawdę, zarzuca mu, że jest nudny. Bo prawda w dzisiejszych czasach nikogo nie obchodzi.

birdmanTymczasem cały „Birdman” wydaje się jedną wielką opowieścią o prawdzie. Jest tu prawda o kinie i o teatrze. Jest prawda o aktorach, widzach, krytykach. O przemijaniu, karierze, rodzinie (a raczej o konsekwencjach wynikających z jej zaniedbania). Jest w końcu mało pocieszający wniosek, że całe życie trzeba wypruwać sobie flaki, aby finalnie doświadczyć jednego tylko, decydującego dla siebie momentu. Choć może lepiej późno niż wcale.

Już sama postać głównego bohatera pomyślana została genialnie, bo oto przed nami Michael Keaton, aktor do niedawna jednej tylko roli, a mianowicie – Batmana w reżyserii Burtona. Odtrąbiwszy sukces, zniknął przecież z oczu, pojawiając się od czasu do czasu w średniej klasy produkcjach. Tutaj grać ma postać identyczną – oto jego bohater, Riggan Thomson, zyskał sławę dzięki trzem częściom hitu o superbohaterze w kostiumie ptaka. Czwartą jednak odpuścił – najpewniej dlatego, że ludzie zaczęli zapominać, kto tak naprawdę kryje się pod maską.

birdmanPrzychodzi zatem moment, kiedy trzeba zawalczyć. Jest to jednocześnie moment próby i moment gniewu, moment pokazania się z innej, bardziej ambitnej strony. Otóż Riggan postanawia zmierzyć się z inną zgoła materią, a mianowicie – wystawić sztukę na deskach teatru.

Zepchnięty do świata celebrytów, zadanie ma jednak niełatwe: musi pozbyć się łatki superbohatera, udowodnić, że rzeczywiście jest dobrym aktorem i uciszyć głosy w swojej głowie, które uparcie wtłaczają go w zakurzony kostium. Tylko jak to zrobić, jeśli na tej głowie ma się jeszcze córkę, która dopiero co wyszła z odwyku, a już pali trawkę, menedżera wciąż wykłócającego się o obsadę i pieniądze, rozhisteryzowaną aktorkę przed debiutem, inną oświadczającą mu, że jest z nim w ciąży, a także aktora, który w każdej scenie swoim cynizmem, ignorancją i pewnością siebie zdaje się grać mu na nosie?

birdmanJakże piękne i wymowne jest w końcu zderzenie w barze, kiedy Rigganowi przychodzi stanąć twarzą w twarz z najważniejszym krytykiem w mieście. Krytyk – choć uznany i obeznany – okazuje się podstarzałą zołzą, która nie zamierza nawet wybrać się na reżyserowaną przez niego sztukę i jedną swoją recenzją zmieszać ją z błotem. Riggan i jej postanowi wypowiedzieć wojnę, wytykając krytyczną nieudolność – oto przecież nie analizuje, a jedynie przyporządkowuje. Przykleja nowym dziełom stare etykiety, sięga po oklepane wytrychy i ogranicza ocenę do niezbędnego, niesprawiedliwego minimum. Nic dziwnego, że Riggan krzyknie jej w końcu w twarz: Etykietujesz wszystko, jesteś tak kurewsko leniwa!

Starcie to tym bardziej bolesne, że zależny także od jej recenzji sukces na Broadwayu to jego być albo nie być. To szansa na przejście do historii, na zerwanie gęby, czy raczej dzioba, jaki przylgnął do niego przez hollywoodzką produkcję. Nie jest to jednak sztuka łatwa, bowiem i widzowie czego innego oczekują – show-biznes to ekshibicjonizm, także w sieci, toteż świat domaga się od Riggana konta na Twitterze, kanału na YouTube’ie i tego całego śmietnika, przed którym nieudolnie próbuje on uciec. Także tłum nowojorczyków zgromadzonych na Times Square nie dostrzeże w Rigganie ani wielkiego aktora, ani wielkiego reżysera – będzie on dla nich tylko upadłym superbohaterem, tym śmieszniejszym, że przebiegającym obok nich w samiuśkich gaciach.

birdmanPrzeciw nowemu wcieleniu Riggana wydają się być także dziennikarze, których bardziej niż wystawiana przez niego sztuka interesuje czwarta część nieszczęsnego hitu oraz to, czy w ramach przezwyciężania kryzysu wieku średniego wstrzykiwał sobie w twarz… spermę prosięcia. Pięknie jest to więc przerysowane, ale z jaką lubością można pławić się w tym filmie!

Pławienie okazuje się określeniem tym zresztą trafniejszym, jeśli spojrzeć na długie, płynne ujęcia, które na poziomie estetycznym wynoszą ten film pod samiutkie niebo. Dzięki zdjęciom Emmanuela Lubezkiego udało się przedstawić ten obraz w arcyciekawy, na pozór leniwy sposób – oto kamera snuje się, ale jednocześnie jest czujna – jej oku nie umkną zachowania także pobocznych postaci, dzięki czemu możemy śledzić reakcje całej ekipy na planie, niejednokrotnie mocno zaskoczonej skandalicznym tokiem wydarzeń. A jeśli dodać do tego równie udany soundtrack, wyjść może nam z tego film iście totalny, w którego finale za Faustem chce się krzyknąć: Chwilo, trwaj, jesteś piękna!

Zobacz zwiastun filmu: