Bańka komfortu i wielka miłość. Czy warto tracić czas?

Wiedzieliśmy, że to nie wypali, jeszcze zanim ją poznaliśmy.

Widzieliście „Debiutantów”? O Jezu. Jeśli nie, to koniecznie zobaczcie. Jeśli tak, zobaczcie go jeszcze raz. A potem piąty, dziesiąty. I tak do upadłego. Aż matka odetnie Wam prąd albo każe zrobić badania.

Ale dzisiaj nie będzie o filmie. Będzie o zawracaniu dupy. O tym, że wszystkim nam wydaje się, że jesteśmy pępkiem świata (a rację w tym przypadku mam wyłącznie ja) i że wszystko powinno kręcić się wokół nas. Bo taka już nasza natura – jesteśmy egoistami, pławiącymi się we własnych potrzebach niczym żabka w błotku, i nawet do głowy nam nie przyjdzie, że strasznie się to lepi i jeszcze brzydko wygląda.

Ktoś mądry kiedyś powiedział (a przy okazji mistrzowsko robi ten boski gest z podbródkiem), żeby nie tracić czasu. Cudzego, a nie własnego. Że jeżeli spotykasz się z kimś i czujesz, że to nie to, to najzwyczajniej na świecie odpuść. Nie pozwalaj komuś wierzyć, że wszystko będzie w porządku. Nie kradnij mu tygodni, miesięcy czy lat, bo może go w końcu pokochasz. Tak się nie robi miłości. Tak się robi zmarszczki, ewentualnie wałki na biodrach.

Bo czas dla nikogo nie jest łaskawy. Takie próbowanie, zabawy w kotka i myszkę, były fajne na etapie liceum. Można było pochodzić za rączkę, pocałować się gdzieś po kątach, pomacać, kiedy nikt nie patrzył. I rozejść, bo na przykład on za głośno żuł gumę, albo ona miała dziurę w trampkach. Jasne, że wtedy też mieliśmy jakieś uczucia, szczęścia, nieszczęścia, większe i mniejsze dramaty. Ale zaraz pojawiał się ktoś następny. Byliśmy piękni, byliśmy młodzi, mogliśmy tak bez końca.

Nie wiem, jak Wy, ale ja od tamtego czasu trochę jednak podrosłam. Pobawiłam się w dom, taki z gotowaniem obiadków i zbieraniem za chłopcem skarpetek. Potem pobawiłam się w singla, kiedy w lodówce była tylko whiskey, a noce były od tańca. A potem przyszło nic. Nic to jest taki czas, kiedy chciałoby się zrobić już krok w jedną albo krok w drugą, ale jakoś się nie da.

I dlatego wściekam się, ilekroć ktoś mi moją bańkę naruszy. Bo wiecie pewnie, że każdy z nas ma taką własną bańkę komfortu. Siedzi w niej sobie potulnie, jest mu ciepło, dobrze, bezpiecznie. I naprawdę musi się nieźle napracować, żeby chcieć poza tę bańkę wyjść. Zwłaszcza, kiedy wyjść ma do kogoś.

Bo jak jesteś stary, to już Ci się nie chce. Dobrze Ci jest w pojedynkę i naprawdę, coś musi zdrowo pierdolnąć, żebyś zmieniać to chciał.

Czasami jest to śmierć, wtedy wszyscy umieramy i ogólnie nie ma problemu. Ale jak już żyjemy, to chcielibyśmy żyć tak, żeby odczuwać przy tym pewną satysfakcję, a przynajmniej nie znajdywać powodów, aby muskać sobie żyletką nadgarstki. Więc kiedy ktoś już przychodzi, przebija Ci bańkę i robi kizi-mizi, to Ty sobie myślisz, że to jest fajne i to już zawsze będzie tak trwać. I wtedy on nagle nie kizia i mówi, że dosyć, idź won.

Dlatego bardzo Was proszę, Wy czasem trochę pomyślcie. Bo jak tkwicie w beznadziejnym związku albo dajecie komuś nadzieję na całkiem fajną relację, a przecież dobrze wiecie, że to jest zupełnie nie to, to nie traćcie czasu, swojego jak i jego. Jeśli wiecie, że chcecie być sami i to się raczej nie zmieni, nawet jak poznacie najfantastyczniejszą dziewczynę świata albo księcia na białym koniu, to nie pozwólcie tym dwojgu wierzyć, że będzie jednak inaczej.

Miej serce i patrzaj w serce, jak mawiał dziadek Mickiewicz. Albo nie zawracaj ludziom dupy, jak mawia moja mama.

Na zdj. kadr z filmu „Debiutanci”, reż. Mike Mills