Babcia Gandzia i ciasteczka z haszem

Na zdj. kadr z filmu „Babcia Gandzia”, reż. Jérôme Enrico

– Hej, to babcia Gandzia!
– Ja tylko sprzedaję ciastka.

Bo każdy sobie radzi, jak może. Głodowa emerytura, komornik zajmujący rzeczy, kompletowanie menu z tego, co wydarte ze śmietników? Kto by chciał tak żyć.  Dlatego Paulette stanie na rzęsach, żeby swoją sytuację polepszyć. A śledzenie drogi jej zawrotnej kariery będzie naprawdę przemiłym przeżyciem. Natomiast wszystkim tym, którzy oburzają się, że stereotypowo tu i nieśmiesznie, mam ochotę krzyknąć: no weź!

Babcia GandziaJesteśmy dziećmi, wychowanymi na amerykańskich komediach. Niespecjalnie śmiesznych, a już na pewno nie inteligentnych. Nic więc dziwnego, że kiedy do kin wchodzi produkcja inna, wszyscy wpadają w popłoch. Bo francuski humor to nie jest jednak humor, do którego można przywyknąć, bazując na papkach prosto z USA.

Nie, nie mam nic przeciw tamtejszemu kinu. Ani sposobowi, w jaki konstruuje się u nich komedie. Bo, nie oszukujmy się, sztampa leci zwykle za sztampą, a na oryginalność mało kto się dzisiaj sili. I teraz, jak  gdyby nigdy nic, dostajemy komedię europejską, co więcej, z dość specyficznej Francji. Inną, skąpaną lekko w oparach absurdu i ironii, ale i z puszczanym do widza z ekranu oczkiem. I od razu podnoszą się głosy, że rasizm, egoizm i pochwała chciwości.

Ale do rzeczy. Otóż tytułowa babcia Gandzia to kobieta stara, samotna i zgorzkniała. Jej mąż umarł, interes podupadł, a szczytem rozrywki okazuje się gra w karty z garstką emerytowanych dam. Paulette nienawidzi przy tym córki, jej czarnoskórego męża i synka, którzy nie wpisują się w jej obraz idealnej, białej rodziny. Sytuację pogarsza fakt, że pieniędzy brakuje już nawet na jedzenie i nic nie wskazuje na to, żeby lada dzień miał zdarzyć się cud.

I wtedy Paulette postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Dosłownie. Bo kiedy znajduje na śmietniku paczkę z haszyszem, od razu idzie do lokalnego dilera. Nie, żeby ją sprzedać. Nie, żeby zwrócić. Żeby się wkręcić w interes.

Babcia GandziaOczywiście Paulette świetna jest w swoim fachu, a zaradności mogłaby uczyć się od niej cała miejscowa dilerka. Zwłaszcza, gdy zamiast sprzedawać hasz bezpośrednio, Paulette dodaje go do domowych wypieków. I tak rozkręca ten biznes, że hajs leje się strumieniami, a ona sama pnie się w mafijno-narkotykowej hierarchii.

Jasne, że pełno tu nieoczekiwanych i mocno przekoloryzowanych zwrotów akcji, że niepotrzebnie tak szybko przechodzi ta niewdzięczna jędza na stronę dobra, że nagle staje się kochaną babcią, szczodrą przyjaciółką i matką, jakiej jej córka nigdy nie miała. Ale, u licha, to jest film! To miało się zmieścić w czasie, to nie miało być udokumentowane niczym protokół ze śledztwa.

Komedia ma prawo operować skrótami i stereotypami, ma prawo budować bohaterów według dobrze znanych (czytaj również: oklepanych) wzorców i może wciskać motyw ludzkiej przemiany bez tego całego psychoanalitycznego zaplecza rodem z kozetki u Freuda. Pewnie, że jest tu pochwała pieniędzy, ale – na litość boską – kto by nie chciał ich mieć? Gardzisz – oddaj. I wtedy zobacz, jak to jest biednie żyć.

Tak, jest tu też pochwała przestępstwa. Oto stateczna – wydawałoby się – pani, postanawia handlować haszyszem. Oburzasz się? Patrz punkt wyżej. To jest, u licha, komedia. Nie wykładnia moralności ani dzień z życia papieża. Tu ma być śmiesznie. I jest. A do tego ciepło, przyjaźnie, rodzinnie.

Babcia GandziaNawet ta początkowa Paulette urocza jest w swoim jadzie. To jej pyskowanie, brak szacunku dla innych, siłowanie się z bezdomnymi – to jest prawdziwa walka. Bo i przemyca się tutaj cichaczem smutną prawdę o życiu ludzi starszych. O ich głodowych emeryturach, samotności czterech ścian, Alzheimerze i mieleniu sto razy tych samych grzechów w tym samym konfesjonale.

Podsumowując, „Babcia Gandzia” to nie jest komedia wybitna. Ale nie jest też komedią złą. Jeśli w trakcie seansu uśmiecham się sama do siebie, to znak, że coś się w tym filmie udało. I to jest dla mnie ta autentyczność, której internetowi szczekacze tak bardzo się tu domagają.