1500 sposobów na zmarnowanie sobie życia

Na zdj. kadr z filmu „Amelia”, reż. Jean-Pierre Jeunet

Amelii wolno żyć marzeniami i zamykać się w sobie. Każdy ma niezbywalne prawo do zmarnowania sobie życia.

Bardzo, bardzo lubię ten cytat. Może dlatego, że też lubię marnować sobie życie według własnych reguł. Zachowywać się niekoniecznie tak, jak by wypadało. Chcieć życia trochę innego niż to, które dostałam na starcie.

Zawsze oceniamy ludzi. Patrzymy na nich przez pryzmat tego, kim są, jacy są. Jaką mają pracę, jakie studia skończyli, kogo znają i na co chodzą do kina. Nie da się nie oceniać. Człowiek jest istotą subiektywną i to się już nigdy nie zmieni. Ale za tą oceną nie powinno iść nic więcej. Ludzie mają prawo mnie nie lubić, mogą się ze mną nie zgadzać. Mogą uważać, że to, co robię, jest złe. Ale pieklę się, ilekroć próbują mi mówić, jak żyć. Tym bardziej, że kiedy patrzę na to, co sami w życiu osiągnęli, to zupełnie nie interesują mnie ścieżki, którymi kazaliby mi iść.

Lubię czas izolacji. Te momenty, które spędzam wyłącznie ze sobą. W łóżku, przy biurku, przy książkach. Kiedy jestem sama z własnymi myślami, mam czas na swoje pasje. Nie, nie jestem leniem. Umiem odśnieżyć przed domem, kiedy porządnie rozpada się śnieg. Posprzątam, przerzucę stos drewna. No, dobra, nie ugotuję. Chyba, że usiądzie przede mną najbardziej wyrozumiały facet świata. Może się wtedy odważę.

Jakkolwiek, wściekam się, kiedy wszyscy chcą, żebym poszła do pracy. Bo właśnie, nie chodzę do pracy. Poprzednią rzuciłam z hukiem. Było mi w niej zjawiskowo źle i mam szczerą nadzieję nie wpieprzyć się w nic podobnego nigdy, ale to nigdy więcej. Czas, który w ten sposób dostałam, staram się spożytkować najlepiej, jak umiem. Czyli z nosem w książkach. I jakież oburzenie to wywołuje społeczne! Pospolite ruszenie, rzekłbyś. Albowiem cnotą człowieka jest praca. Najlepiej fizyczna, albo chociaż w korpo. Taka, gdzie odbijasz się kartą, Wielki Brat spogląda nieczule i raz w miesiącu robi Ci przelew na wskazane konto.

I to, przepraszam, ma mnie czynić lepszą? To ma świadczyć o mojej wartości? Czy wstaję codziennie o szóstej, czy o ósmej jestem już w pracy, czy o dziesiątej biorę już kubek swój z biurka swego i idę do pomieszczeń socjalnych, by tam spędzić przerwę w towarzystwie uroczych kobiet w garsonkach oraz nowego ekspresu do kawy? Dziękuję, nie. Ja i moje książki w domu bawimy się dobrze.

Pewnie, że to nie jest sposób na życie. Pewnie, że zaraz się znudzę. Że skończą mi się pieniądze. Ale wściekam się, że ten czas lenistwa, pierwszy, jaki mi kiedykolwiek dano, jest tak źle odbierany. Że wszyscy mają pretensje, że jak to, nie kopniesz się w dupę? Nie wyślesz setek CV, nie pójdziesz do pracy za dwa tysiące brutto? No, nie pójdę. Na zasiłku też jest całkiem fajnie.

I nie piszę tego w wyniku jakiejś fatalnej frustracji, która nie pozwala mi spać. Piszę to, bo może też macie wokół siebie ludzi, którzy postępują niekoniecznie tak, jak byście sobie tego życzyli. Ale póki nie robią tym krzywdy ani sobie, ani Wam, dajcie w spokoju im być. Trwać w tych swoich złych wyborach, uczyć się na własnych błędach. Spędzać czas tak, jak chcą. Pracować, gdzie chcą. Kochać się, z kim chcą. Nawet, jeśli Wy tego nie pochwalacie.

Bo każdy ma niezbywalne prawo do zmarnowania sobie życia. W dowolnie wybrany przez siebie sposób.