Staśkowe love: Stokke Trailz. Pieszczotliwie nazywany też czołgiem


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Macie czasem tak, że intuicja pcha Was w nieznane? Że jesteście totalnie zdecydowane na coś, czego kompletnie nie znacie, nie czujecie, nigdy wcześniej nie widziałyście? Ja mam tak przez całe życie. Jeszcze zanim pierwszy raz przyjechałam do Warszawy, wiedziałam, że to będzie moje miejsce na świecie. O tym, że będę z Pawłem, wiedziałam już na Majorce, w ciągu tych pierwszych dni, jak tylko się poznaliśmy. A wózek dla dziecka miałam wybrany na długo przed tym, jak w ogóle okazało się, że jesteśmy w ciąży.

Dlaczego właśnie Stokke? Bo zwyczajnie, lepiej się wybrać nie dało. Uwielbiam ich za design, jakość, dbałość o detale i solidność, jakiej próżno szukać często wśród innych marek. A do tego robią świetną robotę marketingową – sama widziałam ten wózek na dziesiątkach zdjęć i napatrzyłam się na niego dość razy, by wiedzieć, że sama też muszę go sprawdzić. Ktoś powie, że to głupota, bo tak właśnie działa reklama? To ja powiem inaczej – mając tak świetny produkt, głupotą byłoby go nie reklamować.

I – żeby nie było – oczywiście, że zanim trafił pod nasz dach, to zaliczyliśmy próbną jazdę w sklepie. I to niejednym! Sama zastanawiałam się jeszcze nad Stokke Xplory, czyli typowym wózkiem miejskim, o tyle fajnym, że zapewniającym rodzicowi maksymalny kontakt z dzieckiem, a to tego zwrotnym i lekkim. Ostatecznie zdecydowaliśmy się jednak na Stokke Trailz, bo potrzebny był nam czołg na każdy teren. A jak się sprawdził? No to po kolei.

stokke trailz recenzja

Wózek Stokke Trailz wózek


Po pierwsze, jest naprawdę piękny

Bardzo, ale to bardzo cenię sobie warstwę wizualną rzeczy, jakie nas otaczają. Pisałam Wam już o tym przy okazji recenzji produktów marki Beaba (zarówno tych do kąpieli, jak i do karmienia butelką) i zdanie wciąż podtrzymuję – w dzisiejszym natłoku konkurujących ze sobą firm naprawdę nie musimy sięgać po coś, co jest tylko funkcjonalne – rzeczy dla dzieci naprawdę potrafią być też piękne! I naprawdę występują w innych kolorach niż oklepany już jasny róż czy smutny do znudzenia błękit.

Jasne, że świat dziecka rządzi się własnymi prawami, ale mocno wierzę, że gust estetyczny kształtuje się już od małego. A poza tym, nie zapominajmy także o tym, że z większości tych rzeczy nasze dzieci korzystają na równi z… rodzicami. Dlaczego więc mam sięgać po coś, co zwyczajnie mi się nie podoba? Wydawać pieniądze na coś, z czego nie będę zadowolona?

W przypadku wózka mieliśmy z Pawłem zgodność nie tylko co do marki, ale i do koloru. Wózek miał być szary – niezależnie od tego, czy urodzi nam się chłopiec, czy dziewczynka (a skoro o intuicji była już wcześniej mowa – jeszcze przed pierwszym usg wiedzieliśmy, że będzie Stasiek!). Dlatego postawiliśmy na Grey Melange – pasuje zarówno do każdej płci, jak i każdej pory roku. I od razu odpowiadam na ewentualne zarzuty – nie, mimo tego, że jest jasny, wcale nam się nie brudzi. A używamy go codziennie, już ładne cztery miesiące.

stokke trailz

Wózek Stokke Trailz


Po drugie, ten wózek naprawdę jest na każdy teren

Moją największą obawą przed sięganiem po Stokke Trailz była jego… waga. No i ogólnie, gabaryty. I rzeczywiście, od pierwszego dnia użytkowania pieszczotliwie nazywamy go czołgiem. Ale wiecie, co? To, co miało być jego największą wadą, finalnie okazało się jego największą zaletą. Kiedy patrzę na te biedne mamy, które ze swoimi super-zgrabnymi-lekkimi-modnymi wózkami podskakują w parku na każdej gałązce czy kamieniu, to myślę sobie, że podróżujące w gondoli dziecko musi nabawiać się właśnie wstrętu do wszelkich środków lokomocji.

My tego problemu nie mamy – nie dość, że sama konstrukcja jest naprawdę solidna, to jeszcze spoczywa na naprawdę dużych, wypełnionych powietrzem oponach. W połączeniu z dobrym zawieszeniem dostajemy wózek, który nie tylko sprawdzi się na standardowych chodnikach, ale i w bardziej ekstremalnych warunkach – takich jak błoto, nierówna nawierzchnia, piasek na plaży czy śnieg. No i tutaj ogromny buziak dla Pawła, bo to on ostatecznie rozwiał wątpliwości co do tego, czy decydujemy się na model Xplory, czy jednak Trailz. A przyznaję bez bicia, że korciła mnie ta miejska wyścigówka.

Stokke Trailz czy warto


Po trzecie, gondola jest ogromna, a dziecko leży wysoko

Naprawdę, słabo mi się robi, jak widzę te wszystkie maleńkie wózeczki, które gondole mają tak nisko, że nawet każdy pies może swobodnie do naszego dziecka zajrzeć. I nie, nie przesadzam – nie chcę wymieniać tutaj konkretnych marek, ale na chodnikach  i w parkach aż roi się od mam z wózkami, których gondole sięgają im do połowy uda albo – co gorsze – dla kolan. Dla mnie były one od razu skreślone. Po pierwsze, przez wzgląd właśnie na bezpieczeństwo dziecka – im wyżej od ziemi i od wszystkiego, co gryzie i szczeka – tym lepiej. Po drugie – przez wzgląd na moją własną wygodę.

Wbrew pozorom, trochę się trzeba jednak do tego dziecka naschylać – nie tylko przy wkładaniu i wyciąganiu go z wózka, ale także w czasie spaceru. A to smoczek wypadnie, a to chustka zsunie się na oczy. A to nóżka wystaje spod kocyka, a to trzeba uspokoić, pogłaskać po buzi. Tutaj nie ma z tym żadnego problemu, bo wózek jest na idealnej wysokości. Docenią to zarówno osoby wyższe, niższe, jak i… matki po cesarskim cięciu. Bo chyba każda, która je przeszła, wie, jak schylanie się – zwłaszcza w tych pierwszych dniach – okrutnie boli.

Co więcej, gondola w Stokke Trailz jest chyba największą, jaką dotąd widziałam. Czy to ma znaczenie? Ogromne! Dzieci rosną szybciej, niż nam się wydaje, a poza tym mój egzemplarz uwielbia na przykład rozkładać rączki i nóżki na boki. W innej gondoli najpewniej wybudzałby się przy każdym takim uderzeniu, bo ścianki zwyczajnie byłyby za blisko. Tutaj miejsca wciąż mamy jeszcze sporo. A i kiedy Staśko był mały i upychaliśmy go pod kocyk, szczelnie skrywającego się od grubą warstwą kombinezonu, to mógł leżeć sobie swobodnie – a nie, jak w innych gondolach, ściśnięty z każdej strony.

Stokke Trailz recenzja

Wózek Stokke Trailz


Po trzecie, uwielbiam ich za detale

Za co konkretnie? Na przykład za regulację rączki, która sprawia, że mogę prowadzić wózek tak, jak jest mi wygodnie. A także za piankę, z jakiej ją wykonano, bo – w przeciwieństwie do choćby skóry – nie nagrzewa się i nie parzy mnie, ilekroć zza chmur wychyli się mocniejsze słońce. Także za zgrabny hamulec, z którym nie muszę się siłować przy każdej próbie ruszenia oraz za wentylowaną budkę gondoli, która zapewnia dziecku swobodny przepływ powietrza. No i w końcu – za ogromny, wodoodporny kosz na zakupy, bez którego nie wyobrażam sobie już żadnego wyjścia. A także za to, że tutejszą tapicerkę bez problemu można ściągnąć do prania, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Czy sięgnęliśmy po coś spoza podstawowego wyposażenia? Tak, i wszystko sprawdziło się bez zarzutu. A mamy: parasolkę, wykonaną z materiału, posiadającego odpowiedni filtr i chroniącego dziecko przed promieniami UVA i UVB, uchwyt na kubek, w którym w zależności od temperatury wozimy albo termos z kawą, albo schłodzoną wodę, a także torbę  pielęgnacyjną Stokke Changing Bag. Czym różni się od zwykłych toreb? Przede wszystkim, sposobem montażu, bo do wózka można przyczepić ją albo na ramieniu, albo w formie plecaka. A dzięki masie przegródek można zabrać z domu wszystko, co w czasie trasy może być potrzebne, z dołączoną do niej matą do przewijania włącznie.

Stokke Trailz opinie


OKIEM TATY, CZYLI PAWEŁ MA GŁOS!

Cześć i czołem!

Jakiś czas temu, zapewne będąc po drinku, obiecałem Asi, że napiszę parę słów w temacie wózka Stokke. Jakby nie było, używam go dość często i patrzę na niego pod trochę innym kątem niż ona. Oto więc jestem: ja i mój debiut literacki na blogu.

Moje spostrzeżenia możecie potraktować jako męski punkt widzenia w temacie zakupu i używania wózka dziecięcego. Demografia Google pokazuje, że jest tu jakieś 5% pierwiastka męskiego. Liczę, że reszta weźmie pod uwagę moje słowa w momencie, w którym stanie ze swym lubym przed tym ważnym wyborem.

Otóż: gdzie znaleźć idealny wózek?

W sklepie. Znajdźcie najlepiej wyposażony sklep w okolicy i po dobrym, niedzielnym obiedzie jedźcie tam na 2 godziny. Wybierzcie 2-3 modele i testujcie. Zalecam standardowe składanie i rozkładanie, przymiarki do pakowania do bagażnika oraz jazdę po sklepowych alejkach. Na koniec warto też posłuchać kogoś z obsługi. Często ludzie pracujący w takich sklepach mają za sobą lata doświadczeń i sami najtrafniej pokażą Wam mankamenty każdego modelu. W naszym przypadku to sprzedawca rozstrzygnął spór o model Stokke, którym obecnie jeździmy. Smutne, ale moje argumenty – mimo tego, że były prawie identyczne – nie do końca miały siłę przebicia.

To, czy finalnie wózek kupicie tam, czy w sieci – to kwestia drugorzędna.

Kufer-yenga

Jeśli zdarza się Wam podróżować, to koniecznie sprawdźcie możliwości transformacji Waszego wózka – szczególnie na etapie gondolowym. Ten ma to do siebie, że zwykle niewiele elementów da się rozmontować, a co za tym idzie – zajmują sporo miejsca w bagażniku. Sam potrzebowałem 3 wyjazdów do teściów, aby znaleźć idealną konfigurację bagażnika. Trailz jest pod tym względem bardzo wdzięczny, bo stelaż po wyjęciu kół składa się na płasko. Jeśli położycie na niego gondolę, to całość zajmuje mniej niż połowę zwykłego rozmiaru. To dobry wynik.

Ten model ma też genialną rączkę, która składa się w dwóch płaszczyznach. Szczególnie przydatne w windach i alejkach sklepowych.

Męska torba!

Nie ukrywajmy – torbę dzieli oboje rodziców. Jeśli ktoś ma obawę przed mało męskim wyglądem torby z rzeczami dziecka, to może przestać się martwić. Torba od Stokke wygląda bardzo fajnie. Jest uniwersalnie zaprojektowana i ma wiele funkcjonalnych kieszeni i przegród. Serio, ani razu nie wstydziłem się z nią ruszyć na miasto.

Tyle, jeśli chodzi o moje spostrzeżenia.

Stokke Trailz


NASZE WSPÓLNE WNIOSKI

Stokke Trailz to zatem wózek, który możemy polecić każdemu w ciemno. Świetnie się prowadzi, zapewnia dziecku maksimum wygody i bezpieczeństwa, ma solidną konstrukcję z dużymi kołami z bieżnikiem, a do tego jest po prostu piękny i jakościowo dobry. Ba, nie znamy lepszego! Mimo upływu czasu (i wielu, wielu kilometrów) trudno dopatrzyć się na nim choćby śladu użytkowania – zarówno jeśli chodzi o tapicerkę, jak i pozostałe elementy. Ogromną zaletą jest też jego stabilność – choćbyśmy najeżdżali na absolutnie każdy leżący na drodze kamień (a ja tak potrafię), to mamy pewność, że dziecko uniknie nieprzyjemnych wstrząsów. No i nie balibyśmy się wjeżdżać nim w śnieżną breję czy spacerować po plaży. Ten wózek naprawdę jest stworzony do zadań specjalnych!

Ach, i nie dajcie sobie wmówić, że z racji rozmiarów czy wagi prowadzi się jakoś wyjątkowo ciężko. Jasne, że na początku możecie odnieść takie wrażenie, ale nawet ja – ze swoją drobną jednak posturą  i zerowymi pokładami mocy – daję radę prowadzić go nawet jedną ręką. A w drugiej trzymać choćby loda albo telefon. 

Na koniec zaś… cena. To w sumie chyba najczęstszy zarzut, jaki pod adresem Stokke pada. Czy słusznie? Trochę tak, bo jasne, że są na rynku tańsze wózki. Ale to tak samo, jak z rynkiem samochodów – jeśli zależy nam tylko na tym, aby auto jechało, możemy kupić nawet poczciwe Seicento. Tymczasem Stokke Trailz to Mercedes wśród wózków. I uważam, że bezdyskusyjnie wart jest swojej ceny – ta jakość, ten wygląd i ta wygoda zwyczajnie muszą kosztować. Natomiast pocieszający jest fakt, że produkty Stokke utrzymują swoją wysoką cenę także na rynku wtórnym, więc spokojnie będziecie mogli go bez większej straty odsprzedać. No i jeszcze jeden plus – tutaj wszystko kupujecie osobno. W momencie narodzin dziecka wystarczy, że zaopatrzycie się w stelaż i gondolę – a później, po upływie tych kilku miesięcy, będziecie mogli dokupić też spacerówkę. O niej też Wam zresztą napiszemy, niech no tylko Staśko nam trochę do testów podrośnie!

stokke trailz recenzja

Stokke Trailz recenzja

fot. Angelika Paruboczy, Stashki.pl

grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram