Nasz pierwszy Dzień Matki!

Wiem, że jest wiele rodzajów miłości. Że można kochać mamę, tatę, faceta, siostrę, kuriera albo panią od paznokci. Że można kochać tak trochę albo bardzo, bardzo. Ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że można kochać TAK. Że wszystkie miłości, jakie znałam do tej pory, okażą się malutkie i skromniutkie w porównaniu do tej, jaką darzy się swoje własne dziecko. A przecież znamy się ze Staśkiem ledwie dwa miesiące – dla mnie jakby wieczność, choć dla wieczności najwyżej małą chwilę. I wiecie, co? Jest pięknie. I chociaż bywa ciężko, to powiem Wam, że nigdy nie było mi w życiu piękniej.

A z okazji Dnia Matki – trzy pierwsze wnioski, płynące z mojego macierzyństwa. 

Wniosek pierwszy: Wszystko może zaczekać

Uwielbiam pracę zadaniową. Tekst ma być napisany, dom posprzątany, a ciuchy wyprane. Nie zaraz, nie jutro, ani nie pojutrze – już. Nie znoszę zaległości, jestem mistrzynią w obwinianiu się o wszelkie nieplanowane obsuwy. To znaczy – byłam. Bo teraz mam dziecko. Nie ma czegoś takiego, jak deadline, kiedy mój syn płacze i kolejną godzinę z rzędu chce być noszony na rękach. Nie obchodzi mnie zlew pełen garów, kiedy słońce jest już wystarczająco wysoko, żeby uznać porę dnia za idealną na spacer. W nosie mam niedomalowane paznokcie, kiedy on leży na moich rękach i cieszy się do mnie tym nieświadomym jeszcze uśmiechem. Kiedyś miałam problem z tym, żeby powiedzieć: świecie, musisz na mnie zaczekać. Dziś patrzę na Staśka i śmieję się razem z nim, mając odwagę zawołać: świecie, my mamy siebie, a Ciebie mamy gdzieś.

Wiosek drugi: Nie ma silniejszej miłości

Nie nastawiałam się na to, że w chwili porodu pokocham swoje dziecko. Nie jestem z tych, co to wierzą w siłę hormonów i mają ochotę zaszlachtować każdą matkę, której instynkt macierzyński nie obudzi się w porę. Nie jestem zwolenniczką rodzenia na siłę, karmienia piersią na siłę, wmawiania sobie miłości na siłę. Na siłę to się robi trening, a nie urządza życie. A mimo to, wybuchnęłam płaczem, kiedy tylko usłyszałam pierwszy wrzask dziecka. Wyłam też, kiedy przystawiali mi go do policzka i kiedy mówili, że jest piękny i zdrowy. Dzisiaj też wyłam, bo przecież Stasiek jest taki piękny. I nie, to już nie są tylko hormony. Jesteśmy ze sobą już od dwóch miesięcy, zdążyliśmy się polubić, oswoić, nacieszyć się sobą. Ale wciąż nie ustajemy w zachwycie. Bo tak ładnie się cieszy. Bo ma takie śliczne stópki. Bo przylepia się do mnie jak koala do drzewa. Naprawdę, nie da się Staśka nie kochać.

Wniosek trzeci: Nie trzeba pić i nie trzeba jeść

Bo da się nażyć miłością. I mówię to ja, totalny śpioch, który wcześniej nie wyobrażał sobie dnia bez beztroskiej, poobiedniej drzemki. Aktualnie mój rekord to 50 minut snu na dobę. Dało się? Dało. Stasiek sprawdził, że matka wytrzymała i od tamtej pory już jej nie testuje. Ba, nie dalej jak wczoraj spaliśmy razem do godziny piętnastej. Wolno nam? Wolno. Czasem w środku dnia łapię się na tym, że jestem wciąż bez śniadania. A czasem bardzo bym chciała być po, ale Stasiek jest w nastroju nieodkładalnym i każda moja próba oddalenia się wywołuje u niego przeraźliwy jęk. Ktoś zaraz powie, że tak nie wolno, bo dziecko się przyzwyczai, bo tak się dziecko rozpieszcza. To ja go uprzedzę i powiem, żeby zjadł ciastko albo poszedł na spacer. Bo od wychowywania swojego dziecka jest matka. W tym konkretnym przypadku: jestem od tego ja.

I tego samego Wam dzisiaj, Mamy, życzę. Szczęścia, siły, wytrwałości, no i odwagi. Żebyście zawsze wiedziały, co jest dla Was i dla Waszych dzieci najlepsze, a wszystkich speców od dobrych rad posyłały hen, daleko na drzewo. I żebyście kochały swoje dzieci tak mocno, jak tylko pozwalają Wam na to Wasze serca. No i życzę Wam jeszcze snu! ;)


Zdjęcia: tolala.pl

Pościel: White pocket

Papcie: Titot

Koszulka „Miłość”: PLNY LALA

Instagram