Narodziny dziecka wszystko zmienią, mówili. W ogóle dużo mówili

Narodziny dziecka wszystko zmienią – och, ile ja razy słyszałam te słowa! Za każdym razem w równie negatywnym kontekście. I dzisiaj mam ochotę kopnąć w łydkę każdego, kto wypowie przy mnie podobne brednie. Bo tak się straszy ludzi rodzicielstwem. Dokłada cegiełki do i tak potężnego muru niepewności. Podsyca strach i funduje niezdecydowanym najskuteczniejszą w świecie antykoncepcję. Czy słusznie? Wcale! Bo jasne, że narodziny dziecka oznaczają niejedną zmianę, natomiast te wszystkie zmiany są naprawdę fajne.

A co zmieniło się u nas? Zobaczcie!


1. STRACILIŚMY PANOWANIE NAD WŁASNĄ DOBĄ

Umawiamy się z kimś na 18, a docieramy na 19. Zaplanowaliśmy leniuchowanie, a musimy podjechać do pediatry. Mieliśmy wziąć się za pracę od 20, ale tego jednego, jedynego dnia Staśko przez dwie godziny dłużej postanowił nie zasnąć. Słowem: wszystko, co zaplanujesz, ma się często nijak do tego, co zafunduje Ci Twoje własne dziecko. Ale czy to na pewno wina dziecka? Przecież nasze własne życie też potrafi być nieprzewidywalne. Ile razy było tak, że moje plan trafił szlag? Bo na przykład rozbolał mnie brzuch. Zaatakowała grypa żołądkowa. Albo choćby zwykłe przeziębienie. Wtedy też traciłam panowanie nad własnym czasem i musiałam zweryfikować wcześniejsze plany. Sorry, wielbiciele Excela – życia nie da się co do minuty rozpisać w tabelkach. Natomiast dziecko cudownie ćwiczy elastyczność – żaden staż w żadnej korporacji by Wam tego nie dał!


2. PRZESTALIŚMY SIĘ WYSYPIAĆ

To, że jestem śpiochem, to żadna tajemnica. Nie mylić z leniem. Ja uwielbiam pracować – tyle, że w nocy. Dlatego przed porodem potrafiłam pisać do drugiej, trzeciej, czasem czwartej nad ranem i dopiero wtedy kłaść się spać. Teraz też często mi się zdarza – z tym, że wcześnie nikt nie zapewniał mi pobudki o szóstej. Dlatego teraz wciąż chodzę niewyspana. Ale ponownie spytam: czy to wina dziecka? Ono nie każe mi siedzieć po nocach. Zasypia zwykle o dwudziestej, maksymalnie dwudziestej pierwszej. To, że razem z Pawłem siadamy wtedy do pracy, a później do rana oglądamy seriale, to jest już wyłącznie nasza decyzja i nasza wina.


3. ZACZĘLIŚMY PIĆ ZIMNĄ KAWĘ I JEŚĆ ZIMNE JEDZENIE

No dobra, ja zaczęłam, bo Paweł je ekspresowo i zawsze z ciepłym zdąży. Ja gorzej. Jedzenie to od dziecka był dla mnie rytuał i zawsze byłam tą, która za stołem przesiadywała najdłużej. Przy Staśku na takie delektowanie się nie można już sobie pozwolić. Tak się składa, że trafiło nam się wybitnie towarzyskie dziecko, które samo ani chwili nie posiedzi. Dlatego śniadanie potrafię zjeść czasem dopiero o trzynastej, a wieczorem przypomnieć sobie o stojącej na blacie, porannej kawie. Czy straciłam przez to jakoś specjalnie dużo? No, najwyżej z pięć kilo.


4. PRZESTALIŚMY ROBIĆ WSZYSTKO WE DWOJE

Żegnaj życie we dwoje? Bzdura! Raczej: witaj życie we troje! Za każdym razem, kiedy przed ciążą słyszałam od znajomych teksty w stylu „korzystaj, póki możesz”, „z dzieckiem już tak nie poszalejecie”, „dobra, dobra, zobaczycie, że z dzieckiem już połowy rzeczy się nie da”, pukałam się w czoło. Czego niby nie mogę zrobić z dzieckiem? Chyba tylko nawalić się jak meserszmit i wejść do klubu nocnego. To znaczy – to też mogę, o ile wcześniej skołuję sobie na zastępstwo babcię. Za to mogę całą masę rzeczy, których bez dziecka nie mogłam: mogę się z nim bawić, widzieć wszystkie jego pierwsze razy (pierwsze uśmiechy, pierwsze zęby, pierwsze kroki, pierwsze słowa), mogę go tulić bez końca i beztrosko kupować zabawki, dla których wcześniej nie znajdowałabym usprawiedliwienia, mogę w końcu kochać tak mocno, jak nigdy bym się o to nie podejrzewała.

Wiem, że są dzieci, z którymi życie staje się bardziej skomplikowane – które dokuczają, są nieodkładalne, męczą się przez kolki albo fatalne ząbkowanie. Ale nasze dziecko takie nie jest i nigdy nie było. Od zawsze obstawaliśmy przy tym, że Stasiek będzie super chłopakiem, i wiecie, co? Taki właśnie jest! Może to fart, dar od Boga, myślenie życzeniowe. Grunt, że zadziałało. Mamy dziecko na tyle fajne, że jaramy się wszystkim tym, co możemy robić teraz we troje i – szczerze mówiąc – średnio pamiętamy już, jak nam się żyło we dwoje. Teraz jest nawet lepiej, choć inaczej.


5. CZĘŚCIEJ KUPUJEMY WSZYSTKO PRZEZ INTERNET

Bo wyprawa do sklepu to jednak… no właśnie, wyprawa. Trzeba ubrać Staśka, spakować Staśka, wziąć jedzenie dla Staśka, pieluchy dla Staśka, zabawki dla Staśka. Jeździmy czołgiem, który w sklepie wyładowanym stojakami i wieszakami zachowuje się niekiedy jak słoń w składzie porcelany. To znaczy: cholernie ciężko się nim manewruje. Ba, zostawmy już ciuchy i wielkie galerie – czasem ciężko poruszać się wózkiem nawet po markecie! Nie dość, że trzy czwarte tłumu chodzi od regału do regału, jakby byłą na haju, to jeszcze kilka razy wózek zablokował mi się w bramce. Dlatego co możemy, zamawiamy przez internet. No chyba, że mamy już ogromną ochotę wybrać się na rodzinne zakupy, pochodzić, pozwiedzać, pomierzyć. Ale to w miesiącu zdarza się maksymalnie raz, a najczęściej wcale.


6. ŻYJEMY JAK CYGANIE

To znaczy: cały dobytek mamy zwykle ze sobą. Obładowali torbami, z bagażnikiem wypchanym aż pod sam sufit. Bo jak jedziemy gdzieś na weekend czy do rodziny, to poza ubraniami dla nas i dla Staśka, trzeba wziąć łóżeczko dla Staśka, wózek dla Staśka, wanienkę dla Staśka, bujaczek dla Staśka. Czy to generuje jakiś większy problem? A gdzie tam. Trzeba się po prostu spakować, rozpakować, znowu spakować i znowu rozpakować. To nie jest jakaś wielka filozofia ani dylemat w stylu: czy na stok założyć stringi, czy ciepłe, pełne gacie.


7. ZACZĘLIŚMY PLANOWAĆ

Nigdy nie ukrywałam, że jako styl życia i pracy preferuję chaos. Natomiast dopiero, kiedy pojawił się Stasiek, sama zaczęłam sięgać po tabelki i listy. Wydatki ogarniamy dzisiaj w tym znienawidzonym przeze mnie Excelu, plany wpisujemy do wspólnego kalendarza, a rzeczy do zrobienia spisuję w notatniku, żeby o wszystkim pamiętać. Z wyprzedzeniem planujemy też wizyty u jednych i drugich dziadków, pamiętamy o wszystkich badaniach, szczepieniach i tym podobnych cudach. Wtedy każde z nas myślało za siebie, teraz myślimy za troje. Naprawdę! Ale to się chyba nazywa rodzina. I to jest fajne!


8. ZMIENIŁA NAM SIĘ LISTA PRIORYTETÓW

Czego chciałam wcześniej? Mieć super faceta i super pracę, ładne mieszkanie, kasę na ciuchy i na fajne wakacje, z czasem też na dobre auto. Teraz chcę tylko, żebyśmy już zawsze byli tak szczęśliwi i zdrowi. No dobra – czasem chcę się jeszcze wyspać, ale na pewno nie jest to na liście moich priorytetów. Natomiast na wartości straciło wiele rzeczy, które wcześniej sprawiały mi frajdę. Wyjście do klubu? Picie do białego rana? Całodniowe zakupy w galerii? Dziś wspominam tamte czasy z jedną tylko myślą: Boże, naprawdę mi się chciało?


9. ZACZĘLIŚMY INACZEJ WYDAWAĆ PIENIĄDZE

To znaczy: szybciej i bardziej intensywnie. Naprawdę, dziecko to skarbonka bez dna. Wiem, że zaraz odezwą się super matki, które w duchu minimalizmu kupują dziecku jedną grzechotkę i trzy bodziaki, ale ja nigdy nie chciałam taka być. Ba, zawsze mówiłam, że na dziecko zdecyduję się dopiero wtedy, kiedy będzie mnie na nie stać. Uwielbiam kupować Staśkowi ciuszki i zabawki i o ile pięć razy zastanowię się nad nową torebką czy sukienką dla siebie, o tyle na niego mogłabym wydawać bez końca. Za zdrowy rozsądek robi mi Paweł, który choć czasami stara się powstrzymywać moje zapędy, ale prawda jest taka, że to na Staśka wydajemy teraz najwięcej. Na szczęście z własnej woli, więc nie przeszkadza nam to wcale.


10. STALIŚMY SIĘ BARDZIEJ CIERPLIWI

Jak myślicie, ile razy możecie podnosić zabawkę, ostentacyjnie wyrzuconą z łóżeczka? Jak długo jesteście w stanie kołysać dziecko na rękach? Ile razy potraficie zaśpiewać „Koła autobusu kręcą się”, bez dodania do którejś zwrotki przekleństwa? Zdziwilibyście się! Ja nigdy nie byłam specjalnie cierpliwa, mój Paweł tym bardziej. A teraz? Teraz musieliśmy uruchomić w sobie całe pokłady cierpliwości. Ba, nawet nie musieliśmy – one się same uruchomiły! Narodziny dziecka zmieniają człowieka w wielu kwestiach i to jest akurat ogromny plus. Co więcej, te same rzeczy, które kiedyś doprowadzałyby nas do szału, dziś wykonujemy z uśmiechem. Bo jak tu po godzinie bujania nie uśmiechnąć się, kiedy taki mały kapeć zaśnie nam w końcu na rękach?


11. NAUCZYLIŚMY SIĘ, CZYM JEST WIELOZADANIOWOŚĆ

Słyszeliście takie okropne słowo jak „multitasking”? Wcześniej jednoznacznie kojarzyło mi się z pracą. Wciąż mam przed oczami wizję siebie na etacie dziennikarza, kiedy jedną ręką pisałam tekst, drugą mieszałam kawę, ramieniem przytrzymywałam sobie telefon przy uchu, a nogą włączałam listwę, żeby komputer mi nie zdechł w środku roboty. Natomiast to wszystko był pikuś w porównaniu do tego, co trzeba ogarnąć przy dziecku. Serio – jeśli myślisz, że szczytem Twoich możliwości jest jednoczesne jedzenie popcornu i oglądanie serialu, to dziecko szybko pokaże Ci, w jak wielkim będziesz błędzie.


12. PRZESTALIŚMY UPRAWIAĆ REGULARNIE SEKS

A nie, jednak nie.

Jasne, że często jesteśmy zmęczeni, że dziecko to spory obowiązek. Ale ono nie działa na baterie i prędzej czy później, padnie w końcu spać. I to wyłącznie od rodziców zależy, jak spędzą ten dawany im codziennie, wolny czas.


PS. Narodziny Staśka dały mi też m.in. takie widoki. No jest miłość, nawet razy dwa!

janod zabawki


Konik na biegunach: Janod

Mata: Skip Hop Polska

Ubranko Stasia: Little Green Radicals

Zdjęcia: Agnieszka Wanat