Nasza pierwsza TAKA choinka i największa katastrofa tych świąt

Jest takie miejsce w Warszawie, przy którym chowają się wszystkie inne centra ogrodnicze. Absolutnie piękne i wyjątkowe, gdzie poza fantastycznymi choinkami czekają na gości niepowtarzalne ozdoby, pozytywki, kule śnieżne i… grzane wino, którym można częstować się podczas robienia zakupów. To miejsce to Flora Point. Ogromne centrum z 25-letnią tradycją, zlokalizowane przy ul. Mrówczej, czyli – z naszego punktu widzenia – gdzieś na końcu świata. I to stamtąd miała być nasza tegoroczna choinka.

Słyszałam o nim już w tamtym roku, ale z braku czasu nie udało nam się dojechać tam przed świętami. Dlatego w tym roku to był nr 1 na mojej choinkowej liście. Nie dlatego, że choinki, sprzedawane na placach czy przy centrach handlowych, wydają mi się gorsze, ale dlatego, że Flora Point to prawdziwa magia. To dekoracje, muzyka, przepiękne scenerie i taki klimat, którego nie widziałam nigdy wcześniej. Wiecie, że mają tam nawet wystawę z misiami polarnymi, którym podczas snu unoszą się brzuszki? ♥

meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri

Malinowe ogrodniczki Stasia: COODO for Kids


MISJA: UBIERANIE CHOINKI!

Wybór choinki poszedł nam przy tym zaskakująco szybko. Ale to też dlatego, że mieliśmy jasno sprecyzowane wymagania. Nasza wymarzona choinka musiała być naprawdę piękna, gęsta i… mała. Mała, czyli taka na max. 80 cm, bo przy rozrabiającym Staśku jedyne dobre dla niej miejsce to blat na kuchennym stole. Oczywiście, że daleko jej do sięgających sufitu piękności, ale z takimi wstrzymamy się jeszcze trochę. A póki co, wybraliśmy najładniejsze maleństwo w całym stadzie i też jest fajnie!

Dylematu nie mieliśmy także z ozdabianiem. Staszek to tajfun, więc na dzień dobry odpadało wszystko, co szklane. Z tego samego zresztą powodu odpuściliśmy choinkę rok temu. Nie udało nam się znaleźć żadnych ładnych zamienników dla klasycznych bombek, na własnoręcznie wykonane ozdoby zabrakło już czasu i siły, a łyse drzewko to jednak brzydkie drzewko. Ale kiedy w tym roku zobaczyłam ozdoby od Meri Meri, to przepadłam totalnie! Zresztą, sami tylko zobaczcie!

meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri

Ozdoby choinkowe: Meri Meri


MERI MERI, CZYLI ZACHWYT ABSOLUTNY

Wiele razy pisałam Wam o tym, że wyszukiwanie przepięknych rzeczy dla Staszka sprawia mi ogromną frajdę. Tak było i tym razem. Brytyjska marka Meri Meri skradła mi zresztą serce nie bez powodu. Każda zabawka jest tutaj piękna i dopracowana w nawet najmniejszym calu! Znajdziemy tutaj klasyczne renifery i kotki czy pieski, ubrane w typowo zimowe sweterki, ale i… jednorożce czy lamy! Wykonane z bawełny, mięciutkie i przyjemne i – co najważniejsze – całkowicie dla takich maluchów bezpieczne!

Z Meri Meri mamy też delikatne, papierowe girlandy, które z powodzeniem zastąpią standardowy, choinkowy łańcuch. Dwie z nich wylądowały na naszym drzewku, a trzecia ozdabia… Staśkowe okno :-) Z kolei papierowe renifery, które widzicie na zdjęciach niżej, to… zabawkowe petardy! Ale spokojnie, nic tutaj nie wybucha, więc możecie się bawić bez obaw. Wystarczy, że dwie osoby pociągną za dwa końce „petardy”, a ze środka wyskoczą urocze niespodzianki ♥

meri meri
meri meri
meri meri
meri meri

HUGO, CZYLI NOWY PRZYJACIEL STASZKA

Razem z ozdobami na choinkę, w naszym domu pojawił się też Hugo. To znaczy: renifer-przytulanka, z wielkim, czerwonym nosem (jak mój na mrozie!), w zielonym sweterku w białe paski i z szaliczkiem, przewiązanym przez szyję. Dlaczego Hugo? Nie wiem, ale wyjątkowo mu to imię pasuje ;-) Nie wiem też, które z nas zrobiło na jego widok większe wow, ale od tamtej pory Hugo się z nami nie rozstaje. Zwłaszcza, że bardzo dobrze idzie mu nie tylko towarzyszenie Staszkowi w zabawie, ale i… usypianie!

Meri Meri ma też świetny asortyment, jeśli chodzi o organizację przyjęć. Znajdziecie u nich najpiękniejsze balony, girlandy, kubeczki, talerzyki, inspiracje na prezent, a nawet kartki! Od razu podrzucam Wam namiary na sklepy, w których kupicie ich produkty. Największy asortyment ma chyba Mamissima, ale ja uwielbiam też Noski Noski i Scandinavian Baby. Nazwy sklepów są podlinkowane, więc jeśli w nie klikniecie, znajdziecie się od razu na stronie Meri Meri w tym konkretnym sklepie.

meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri

O CO CHODZI Z TĄ KATASTROFĄ?

No dobra, to o co chodzi z tą katastrofą? Ano o to, że naszym świętom daleko do tradycyjnych, polskich świąt. Żeby nie było – nie, nie wyjeżdżamy na urlop gdzieś do Egiptu i nie, nie jesteśmy Grinchami, ale też nie pucujemy okien na błysk i nie katujemy się kolędami. Owszem, z głośników leci świąteczna muzyka, ale raczej w klimacie „Last Christmas” niż „Lulajże”, a my – zamiast szykować karpia na tysiąc sposobów, właśnie się wybieramy… do kina. I dopiero jutro przed nami tradycyjna, rodzinna, polska wigilia.

Dlaczego Wam o tym piszę? Żeby przypomnieć Wam, że nie ma jednego słusznego modelu obchodzenia świąt. Że każdy ma prawo spędzać je po swojemu. Tymczasem co roku widzę, jak ktoś kogoś za coś krytykuje. Ktoś nie dość dobrze posprzątał dom, ktoś zrobił nie dość dużo jedzenia, ktoś inny kupił nie dość dobre prezenty. Dlatego chciałam przypomnieć Wam, o co tak naprawdę chodzi w tych świętach. O bliskość. O spokój, miłość, rodzinę. I byśmy niezależnie od tego, w co wierzymy, byli ze sobą szczęśliwi ;-)

meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri
meri meri

Moja bluza: PLNY LALA

Pościel: White pocket

Zdjęcia: Martyna Tola Piotrowska

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o