Jak być mamą i nie oszaleć? To nie takie proste, Moja Droga!

Często pytacie mnie, jak daję sobie radę z takim małym dzieckiem. Z prowadzeniem bloga, ogarnianiem mieszkania, nagrywaniem Insta Stories w pełnym makijażu i do tego z uśmiechem, który nawet wygląda na autentyczny. I wiecie, co mam wtedy ochotę odpisać? Nie daję. Naprawdę, często bywam głodna, zła, przemęczona. To znaczy: bywałam. Przez te pierwsze miesiące.

Nie wiem, czy to kwestia dochodzenia do siebie po dość traumatycznym porodzie, czy gojenia się blizny po cesarce, czy po prostu fakt, że Stasiek początkowo był dzieckiem nieodkładalnym, ale tamten czas pamiętam jak przez mgłę. Ze zmęczenia potrafiłam przysypiać w każdej, nawet najbardziej niewygodnej pozycji, z dzieckiem na ręku. I budzić się w momencie, kiedy głowa mi opadała – jak kiedyś tym pieskom z tylnej szyby dużego Fiata. A potem siadać jak gdyby nigdy nic do komputera i pisać teksty – do drugiej, trzeciej w nocy. Żeby o czwartej wstać na karmienie, a o szóstej zacząć już dzień – tak, aby móc się wykąpać i pomalować, zanim mój Paweł wyjdzie do pracy.

Czy to był z mojej strony jakiś heroizm? Nie, raczej skrajna głupota. Dbałam o wszystko i o wszystkich, tylko nie o siebie. Pilnowałam, żeby dziecko było nakarmione, a sama o piętnastej potrafiłam orientować się, że wciąż jestem przed śniadaniem. Prasowałam ubranka, zmywałam naczynia, ścieliłam to cholerne łóżko. No i pisałam bloga, bo przecież nie chciałam Was tutaj zawieść. Czy żałuję? Jasne, że nie. Ale bardzo, bardzo się cieszę, że jednak to piekło skrajnego wyczerpania nareszcie minęło.

Po pierwsze, fizycznie i psychicznie doszłam już do siebie. Po drugie, Staśko podrósł, zaczął interesować się światem dookoła, a nie tylko mną i coraz dłużej potrafi zająć się pierwszą lepszą zabawką. Po trzecie, dałam sobie pomóc. To znaczy: przestałam wychodzić z założenia, że sama zrobię wszystko najlepiej i sięgam po ułatwiacze życia wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. A o jakich ułatwiaczach mowa?

1. TATA

A konkretnie: więcej luzu ze strony mamy i więcej zaufania w stronę taty. Przez te pierwsze tygodnie bałam się wypuszczać Staśka z rąk. Chociaż to Paweł od początku kąpał go czy przewijał, gdy ja nie mogłam podnieść się z łóżka, to dostawałam gęsiej skórki na samą myśl, że mają gdzieś sami wyjść. Jak to, zabierać miesięczne dziecko na mecz do kolegów? Jak to, wziąć je na przejażdżkę? Naprawdę, bałam się, zamykając za nimi drzwi i bałam się, kiedy ponownie im je otwierałam. Gdybym mogła, chuchałabym wtedy na Staśka non stop. Teraz też oczywiście cierpię na syndrom kwoki i najchętniej robiłabym wszystko sama (pewnie znacie ten okropny stan, kiedy człowiek wciąż myśli, że sam zrobi wszystko najlepiej?), ale zrozumiałam już, że tak się nie da. To znaczy: da się, ale doba jest jednak za krótka, żeby upchnąć tam wtedy jedzenie czy sen.

2. SŁOIKI OD MAMY!

Czyli najlepszy (i najtańszy!) catering w całym mieście. Śmiejcie się, jak chcecie, ale słoiki od mamy towarzyszą mi od jakichś 13 lat, czyli… od pierwszego roku studiów! Wtedy mieszkałam jeszcze we Wrocławiu, do domu miałam 100 km i jeździłam do rodziców prawie w każdy weekend. No i wiadomo, jak to człowiek wracał: z ważącą 100 kg walizką, wyładowaną zupami, kotletami i pierogami. Kiedy przeniosłam się do Warszawy, myślałam, że damy sobie z tym spokój. Ale wtedy moja mama uznała, że przecież zawsze można nadawać paczki kurierem. Żebyście widzieli miny tych biednych panów, kiedy ledwo dźwigają je pod nasze drzwi… Ale doceniam je szalenie i często ratują mi tyłek – zwłaszcza teraz (no i w czasie ciąży). I to z dwóch powodów: raz, że brak mi czasu na gotowanie, a dwa, że brak mi… talentu. Niestety, z rzeczy w kuchni wciąż najlepsze wychodzi mi grzane wino.

3. iROBOT

O matko, jak ja mogłam bez tego żyć! Zamieszkał z nami jeszcze w czasie ciąży, zaraz po tym, jak przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Wtedy przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to rzeczywiście potrzebne. Wiecie: czy nie wystarczy zwykły odkurzacz (a odkurzanie to akurat jedna z tych domowych czynności, które naprawdę lubię), czy nie będzie stać i robić za zbieraczkę kurzu… A teraz? Teraz mam ochotę popukać się za to myślenie w głowę. Od kiedy mamy Roombę, stary odkurzacz wyciągnęłam z szafy raz – przedwczoraj, żeby zebrać spod kanapy kawałki stłuczonej butelki. A tak? Nigdy nie było po co. Ba, Roomba odkurza tak, jak ja nigdy bym nie umiała – płytki w kuchni wyglądają po niej jak wypolerowane! No i uwielbiam to kierowanie zdalne. Jestem z małym na spacerze w parku, odpalam aplikację i… gotowe. Po średnio 45 minutach czeka już na nas idealnie odkurzone mieszkanie.

4. PANI DO SPRZĄTANIA

Niestety, odkurzone mieszkanie a czyste mieszkanie to wciąż dwa różne mieszkania. Ktoś musi jeszcze pościerać kurze (to lubię), umyć blaty w kuchni (to też lubię), wyszorować toaletę (bardzo nie lubię) czy odkamienić prysznic (o jak bardzo nie lubię!). O myciu okien i pastowaniu podłóg już nawet nie wspominając. Wcześniej, jeszcze przed ciążą, spokojnie dawaliśmy sobie z tym z Pawłem radę. Z upływem czasu: coraz mniej spokojnie, bo oboje mieliśmy coraz więcej swoich projektów i coraz mniej wolnych chwil. A jak już się jakaś trafiała, to woleliśmy raczej spędzić ją wspólnie, a nie z mopem w ręce. Mimo to panią do sprzątania wzięliśmy raz i… więcej było z tego szkody niż pożytku. No ale kiedy urodził się Staś, innej opcji nie było. Zmieniliśmy panią, przychodzi raz na dwa tygodnie (bieżące rzeczy ogarniamy sami) i zostawia nam mieszkanie w stanie idealnym. Wcale nie jest to takie drogie, a jednak szalenie potrzebne, no i… wygodne.

5. LEŻACZEK BEABA

Co prawda miałam napisać o nim dopiero przy okazji postu o największych hitach, jakie totalnie się u nas sprawdziły, ale stwierdziłam, że jest dla nas zbyt ważny, żeby zginął w tłumie 9 innych rzeczy. Ten leżaczek to po prostu MUS! Nasz model to Beaba „Bouncer Up&Down II” i muszę Wam powiedzieć, że jest po prostu super! Wygodny i bezpieczny, daje się rozkładać na płasko, więc jest odpowiedni nawet dla najmniejszego dziecka, do tego ma opcję delikatnego bujania (ja wcinam owsiankę, a znudzonego widokiem Stanisława bujam sobie nogą), a do tego jest na tyle lekki, że nawet z załadowanym Stachem mogę ciągać go po całym mieszkaniu! Chcę do łazienki? Idziemy do łazienki. Potrzebuję pozmywać naczynia? Stach obserwuje z boku. Poprasować? Bardzo proszę! A może… sprawdzić maile czy odpisać na komentarze? Też żaden problem! Leżaczek Beaba ma bowiem tę ogromną przewagę nad innymi, że dziecko jest w nim wysoko – kiedy więc siedzę przy biurku, Stach nie musi spoglądać na mnie z poziomu podłogi. Mam go pod ręką, mogę pogłaskać, podać mu smoczek, zabawkę. Czyli: dziecko leży i obserwuje albo się bawi, a ja wreszcie mam chwilę dla siebie. I zawsze mam je w zasięgu wzroku!

Wysokość można oczywiście regulować, więc nieważne, czy siedzę na naszej okropnie niskiej kanapie, czy siedzę przy okropnie wysokim stole – Staśka mam zawsze pod ręką. Z kolei pozycje możemy wybrać w nim trzy: do spania, półleżenia i półsiedzenia, a dzięki pasom mamy pewność, że dziecko samo się z niego nie wysmyknie. I tak, wiem, że dla dziecka najlepsza jest mata. Ale do wszystkiego należy podchodzić z rozsądkiem. Godzina dziennie w leżaczku krzywdy maluchowi nie zrobi, a dla matki to czasem jak dodatkowa doba.

A Wy, jak ułatwiacie sobie życie przy dzieciach?
Czy może przeciwnie, czujecie, że nie macie go już wcale? ;)

Leżaczek Beaba

Leżaczek Beaba

Leżaczek Beaba

Leżaczek Beaba

Leżaczek Beaba

Beaba leżaczek

Beaba leżaczek

Beaba leżaczek

Zdjęcia: tolala.pl

Instagram